Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czerwony Bar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czerwony Bar. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 marca 2021

CZERWONY BAR - 🍷 12 🍷

    Danny czekał na swojego przyjaciela o dziesięć minut za długo. Próbował zamaskować swoją narastającą frustrację pod przykrywką niewinnego, niby szczerego uśmiechu. Gdy w końcu Mike pojawił się tuż przy nim, cały mokry i zdyszany, Dan nadął policzki, nawet nie ukrywając powoli nadchodzącego focha. Wprawdzie co chwilę zerkał na wyższego chłopaka, zwłaszcza na jego mięśnie, które przez brak rękawów na jego śnieżnobiałej bokserce, były idealnie widoczne, ale Daniel starał się sprawiać wrażenie, że wcale nie miękną mu nogi od cudownej budowy jego jeszcze-nie-kochanka, co oczywiście nie wyszło mu zbyt dobrze… a to wszystko przez te maślane oczy. W zestawie z naburmuszonym wyglądem błękitnoskrzydłego, żałobnik stwierdził, iż wygląda on cholernie przeuroczo i bardzo żałował, że są teraz w zatłoczonym miejscu, pełnym obcych owadów (śmiał nawet pomyśleć o nich szkodniki), zamiast delektować się czasem z Danem zupełnie sam na sam.

– Spóźniłeś się – mruknął błękitnowłosy, zakładając dłonie na piersi.

Mike w odpowiedzi posłał mu najbardziej czarujący uśmiech i przylgnął do niego, delikatnie masując plecy piwnookiego. 

– Przepraszam – Wtulił twarz w jego szyję. – Tęskniłem.

Po tak uroczym przywitaniu Dan nie potrafił się gniewać ani trochę. Miał za bardzo miękkie serce jeśli chodzi o innych… ale w kwestii brązowookiego wiedział, że może mu oddać choć odrobinę swojego serduszka, ze świadomością iż nie zostanie ponownie zdeptane. Wprawdzie znał Mike'a niecały miesiąc, jednak bardzo mu ufał i naprawdę go lubił, sam motyl był bardzo towarzyski i łagodny dla Dana. Nie to co Tony. 

Właśnie… Tony. Rana na sercu Danny'ego po nim wciąż nie zagoiła się całkowicie, nawet nie wiedział czy zaczęła, ale towarzystwo Michaela łagodziło ból związany z byłym partnerem Dana. I to nie tak, że widział w Mike'u jego zastepstwo. Wręcz przeciwnie. Oni tak bardzo się od siebie różnili, że nigdy nie byłby w stanie tak pomyśleć! Tony był leniwy, marudny i interesowały go jedynie stare wycieczki, na które już tak dawno stracił ochotę. I był bardzo niemiły dla Dana. I brutalny. A Mike nie dość że tryskał energią i charyzmą, to był bardzo uczynny, no i wielokrotnie rozczulał błękitnowłosego swoim romantyzmem. Bo tak, Mike był romantykiem. A przynajmniej potrafił okazać sympatię.

Dlatego też Danny zastanawiał się co miał w głowie, że nie zostawił tamtej toksycznej znajomości za sobą już dawno. Ale… mimo wszystko nie żałował. Bo gdyby nie ona, nigdy by nie poznał tego czarującego, wiecznie rozgadanego motyla.

– Ja też tęskniłem… – Dan oddał przytulasa, starając się ukryć wpływające na jego policzki niewielkie rumieńce. – Co zaplanowałeś? Wiesz, nie jestem zbyt cierpliwy.

Mike uśmiechnął się szeroko, odsuwając się od niższego chłopaka. Nie chciał zdradzać co planował od dłuższego czasu, choć w sumie domyślał się, że Dan może już coś podejrzewać. W końcu dziś odbywał się Festiwal Kwiatów, jedna z najgorętszych i najbardziej hucznych imprez ze świata motyli. W tym dniu nikt nie zerkał spod byka na inny gatunek, każdy motyl, dzienny czy nocny, świętowali razem. 

Żałobnik objął delikatnie niższego chłopaka w pasie, dając mu tym do zrozumienia, że jeśli chcą skorzystać z najlepszych atrakcji, powinni udać się na wyższe piętro. Dan założył kosmyk niesfornie związanych włosów za ucho, po czym zlustrował uważnie wzrokiem swoją aktualną randkę. Posłał mu tylko zadziorny uśmiech i uciekając od jego uścisku, poleciał na górę. 

Wyższe piętro nie różniło się zbytnio od tego dolnego. Znajdowały się tutaj zarówno budynki mieszkalne jak i szkoły, miejsca pracy, bądź lokale taniej rozrywki. Jednak… na czas festiwalu to miejsce nabierało magii. Wszędzie porozstawiane były stragany z festiwalowymi pamiątkami, ręcznie robionymi kwiatami, bukietami, płatkami, a nawet przekąskami. Pieczone słodkości były tu wtedy hitem, tak samo jak bezalkoholowy nektar, różniący się smakiem w zależności od sprzedawców. Wszystko tętniło tu życiem. Dzieciaki biegały, przeciskając się pośród osób, obrzucały się płatkami i próbowały swoich sił w różnego rodzaju atrakcjach. Właściwie to płatki były już wszędzie, porozrzucane na ziemi, wirujące w powietrzu, migoczące pośród lampek w kształcie dzwonków, pozakładanych na domki. Często też wpadały do napoi, co nikomu nie przeszkadzało w ten wesoły wieczór. Wszyscy po prostu się bawili. 

Mike szybko dołączył do Dana, chwytając jego dłoń w swoją. Pragnął ponownie go objąć, nie przejmując się opinią innych, jednocześnie jednak nie chciał onieśmielać chłopaka przed takim tłumem. Dlatego powstrzymał się przed niepotrzebnymi czułościami w miejscu publicznym. I tak nikt nie zauważy, że trzymają się za ręce. Pociągnął błękitnego motyla za sobą, który po tym jak otrząsnął się z szoku, zrównał się z brązowookim. Wzmocnił uścisk, dając mu do zrozumienia, iż wcale mu to nie przeszkadza. Szli tak przez dłuższą chwilę, pośród par i osób z dziećmi. Tak jak myślał ciemnowłosy, nikt nie zwracał na nich szczególnej uwagi. Dlatego też, nie mógł się już powstrzymać.

Wysunął dłoń z uścisku i ku zaskoczeniu Dana, ponownie go objął, kładąc dłoń na jego biodrze. Niższy chłopak zagryzł wargę, po chwili uśmiechając się, by ukryć tym swoje zawstydzenie. Położył rękę na jego talii, zaciskając palce odrobinę wyżej niż zrobił to Mike. Przez gest, którym się obdarzyli, zwrócili uwagę kilku osób, niekoniecznie w negatywnym sensie. Cóż… nie ukrywając, Mike przyciągał uwagę, ale na pewno nie tak jak Dan. Ale Dan zawsze przyciągał uwagę, głównie mężczyzn, którzy zapewne wyczuwali jego preferencje bądź po prostu wiedzieli, że należy bądź należał on już do osobnika płci brzydszej. Po prostu wydzielał taką aurę. Natomiast Michael miał ją odrobinę bardziej władczą, niż Danny. I właśnie w tej chwili pokazywał potencjalnym rywalom, że nie zamierza oddawać swojej randki nikomu. Na jego szczęście Danny nie zauważył bijącej od niego obrony terytorium. Zauważył natomiast jego zazdrosne spojrzenie, kierowane w stronę osób rozbierających błękitnoskrzydłego wzrokiem. Poczuł odrazę na tę myśl, jednak zaborczość jego przyjaciela dała mu do myślenia. I mile połechtała jego ego. 

– Może… pójdziemy coś zjeść? – szepnął, by załagodzić napięcie buzujące w powietrzu. 

Mike zerknął na niego podejrzliwie, ale prawie natychmiast się zgodził. Poczuł satysfakcję, gdy oddalili się od wzroku wygłodniałych gejów i biseksualistów, a nawet kobiet, zawieszających oko na Dannym. Fakt, Dan bardzo zadbał o ubiór na ich randkę, zawsze tak robił, kiedy byli gdzieś umówieni. Jednak Mike nie wiedział czy powinien być aż tak bardzo zazdrosny… w końcu nie byli w związku, a nawet jeśli zagłębili swoją znajomość w ciągu tych dwóch-trzech tygodni, niczego sobie nie obiecali. Tylko od czasu do czasu się całowali. Choć kilka razy mieli już okazję do większych pieszczot, to Michael za każdym razem uciekał. Nie chciał niczego nadinterpretować, a wyjście z inicjatywą… no, po prostu bał się wykonać krok naprzód. Wszystko to było winą jego poprzedniego związku. Oczywiście, bez problemu w duchu nazywał się tchórzem. Ale nawet tchórzem nie można być wiecznie. 

Zasiedli w niewielkiej knajpce, która z zewnątrz również była ozdobiona lampkami przez festiwal. Jednak w środku nie była zbyt przesadnie udekorowana. Ściany były w kolorze jasnego drewna, przyozdobione kilkoma minimalistycznymi obrazami, podłoga odrobinę ciemniejsza, a stoliki nakryte koronkowymi obrusami. Na środku każdego stała lawendowa świeca, nadająca lokalowi romantycznego nastroju. W środku panował półmrok, jedynie kilka ledowych lampek i świece stanowiły źródło światła. Obaj zamówili desery lodowe, jednak każdy o innym smaku. Podczas gdy Dan wolał wanilię z plasterkiem pomarańczy i mięty, Mike preferował raczej truskawki i wiśnie. 

Danny mieszał w swoim pucharku, wpatrując się w żałobnika, a drobny uśmiech błąkał się na jego twarzy, gdy myślał o tym co chce zrobić. Nałożył swój przysmak na łyżeczkę, podsuwając ją pod nos zdziwionego motyla.

– Smacznego – uśmiechnął się szerzej, a speszony brązowooki pomimo zniesmaczonych gapiów, skosztował pomarańczowych lodów.

To było coś, czego Dan tak naprawdę potrzebował. Tej intymności z drugą osobą. I czułości. Z każdą kolejną sekundą spędzoną z Michaelem, coraz bardziej żałował że zmarnował kilka lat swojego życia na takiego dupka jakim był Tony. Ale przynajmniej zrozumiał, że świat nie kręci się tylko wokół tego jednego, niewiernego mężczyzny… a właściwie jest ich od groma. Niektórzy bardziej wulgarni, inni trochę mniej. Romantycy, flirciarze, tacy co szukają otwartego związku, a nawet identyczne gnojki jak ten z którym wcześniej się związał. Miał naprawdę ogromne szczęście, że trafił akurat na Mike'a, a chociaż ich trzeźwa znajomość zaczęła się od obudzenia w jednym łóżku, to wcale na tym nie pozostała. 

Pucharki dość szybko zostały opróżnione, ze względu na jakość posiłku (co niestety szło w parze z ceną), jednak głównym czynnikiem było to, że co chwilę dokarmiali się nawzajem, traktując to jako zwyczajny, niewinny flirt. Niezbyt obchodziły ich krzywe spojrzenia innych, a skoro obsługa nie miała zamiaru wyrzucić ich za takie zachowanie, to nie mieli ku temu przeciwwskazań. W końcu byli na randce i to ich sprawa co ze sobą robili. 

Zapłacili i opuścili lokal w dobrych humorach. Dan złapał wyższego chłopaka za rękę i wzmocnił uścisk na tyle, że ten nie mógł jej wysunąć. Niebieskowłosy motyl spojrzał na niego stanowczo, dając do zrozumienia, iż teraz to on prowadzi i obecnie Mike nie przejmie nad nim dominacji. Chciał mu pokazać swoje ulubione festiwalowe atrakcje, a choć wiedział, że zachowuje się trochę samolubnie, to dziś mu to nie przeszkadzało. Ale tylko dziś.

Może ich randka skończyłaby się jedynie na festiwalu, a potem pożegnaliby się czule, odchodząc we własne strony. Kto wie? Niestety… jeden, niekoniecznie najistotniejszy, lecz jednak ważny szczegół, całkowicie zaburzył ich rytm, jaki zdążyli sobie nadać w tym dniu. A na imię miał Tony. Gdy tylko Dan zauważył go wśród tłumu, coś ścisnęło mocno i boleśnie jego serce. Tony nie był sam. Był z kobietą. W dodatku nie była to ta sama, z którą miał dziecko. Mimo to obejmowali się i całowali, nie zwracając uwagi, czy ktokolwiek im się przygląda. Dan nie winił go za to, o nie. Przecież sam jeszcze chwilę temu spędzał urocze chwile z Mikiem. Niestety, świadomość, że Tony miał więcej kochanek, podczas gdy bezczelnie na nim żerował, w tym samym czasie sypiając z nim, mieszkając pod tym samym dachem i wmawiając mu tyle słodkich słówek, napawała go taką goryczą, że wręcz piekielną złością. Ścisnął dłoń Mike'a mocniej, na co ten zdezorientowany spojrzał na Dana. Widząc jego rosnącą złość, powędrował wzrokiem w miejsce, któremu przypatrywał się Daniel. I właśnie wtedy Tony ich zauważył.

Uśmiechnął się bezczelnie, kierując się razem z niezbyt zadowoloną kobietą w stronę ich dwójki. Dan poczuł się zagrożony. Nie chciał go słuchać. Wiedział, że gdy tylko jego były ukochany się odezwie, skrzywdzi go jeszcze bardziej niż do tej pory. I wcale się nie mylił.

– Dobrze się trzymasz – rzucił złośliwie, a jego głos był przesiąknięty najtoksyczniejszym jadem. – Szybko się po mnie pozbierałeś. Cóż… od zawsze wiedziałem, że jednak niezła z ciebie dziwka. 

Dan starał się ignorować jego słowa. Naprawdę. Jednak nie mógł powstrzymać odruchu swojego zranionego serca, które prawie natychmiast wypuściło łzy do jego oczu. Spuścił głowę, pokazując swoją, całkowicie uległą stronę… a tak naprawdę po prostu nie chciał by Mike widział jak płacze. Nie znowu. Było mu wstyd, jak jeszcze nigdy przez całe życie. Tony upokorzył go. Jeszcze przed jego randką. Danny nie zdziwiłby się, gdyby żałobnik po usłyszeniu takiej rzeczy, po prostu by go tu zostawił. Jednak Mike go nie zostawił. Zamiast tego przytulił jego twarz do swojej piersi, zaciskając dłonie z całej siły na jego ramionach. 

– Jedyną dziwką jaka tu stoi – Splunął na buty Tony'ego – jesteś ty. 

Pchając zszokowanego Dana przed siebie, opuścili główną aleję festiwalu, znajdując się na zejściu z niższego piętra. Mike nie miał ochoty przebywać tu ani minuty dłużej, zwłaszcza z tamtym szkodnikiem. Cóż, jego miny z pewnością nie zapomni do końca życia. 

Pomógł błękitnoskrzydłemu zejść na dół, a przez całą drogę powrotną nie odzywali się do siebie. Danny przestraszył się, że być może Mike po prostu był zdenerwowany towarzystwem kogoś takiego jak on. I wyprowadził go pod wpływem chwili, bo przybyło coraz więcej ciekawskich, gapiących się na nich par oczu, co nie do końca mu pasowało. A teraz go tu zostawi. Samego.

– Danny… – zaczął wyższy, gdy dotarli już pod dom piwnookiego. Było już późno, a jedynym źródłem światła była stojąca nieopodal lampa uliczna. Chwycił go za ramiona, wpatrując mu się głęboko w oczy. Mike był wściekły. A może raczej… zawiedziony? Trudno było cokolwiek wyczytać w tej chwili z jego twarzy. Zmarszczył brwi i odrobinę skrzywił się, jakby w grymasie, jednak w jego oczach płonęły niebezpieczne ogniki, świadczące o narastającej złości. – On na ciebie nie zasługiwał. Jak mogłeś pozwolić mu się tak obrażać przez tyle lat? Nie bierz sobie do serca tego co mówił… – Pogładził zarumieniony policzek Dana, a ogień w jego spojrzeniu stopniowo łagodniał – …ten dupek nie dostrzegał tego co najważniejsze. Nie jesteś… dziwką. Jesteś cudowny, Dan. Zazdroszczę mu, że tak długo ciebie miał. 

Cóż… Daniel odrobinę się wzruszył. Jego oczy migotały jak dwa diamenty, a w środku poczuł coś… coś czego nie czuł jeszcze nigdy. Nawet na początku przy Tony'm. To doświadczenie było dla niego czymś zupełnie nowym. Odmiennym. Ale było tak cudowne i słodkie, że zupełnie nie mógł powstrzymać się przed tym, co planował zrobić.

Złapał za koszulkę Mike'a i wpił się w jego usta tak zachłannie, że poczuł jak jego obiekt westchnień traci dech. Przycisnął się ciałem do niego, aż w końcu wyższy chłopak plecami dotknął zimnej ściany domku. Gdy tylko Dan odczuł, jak jego pocałunek jest odwzajemniany, przyciągnął chłopaka za kark, by poczuć go bardziej. Zarzucił mu drugą rękę na plecy, zaciskając palce na jego jasnej bokserce. Mike sapnął wprost do ust Dana, gdy chłopak otarł się kolanem o jego krocze i zakończył pocałunek, kiedy nie mógł już tego wytrzymać. Chciał coś powiedzieć, ale Daniel szybko go zatrzymał, przykładając mu palec do wilgotnych ust.

– Chcę się z tobą kochać – westchnął, dmuchając gorącym powietrzem w szyję Mike'a. – I nie ma mowy. Dzisiaj mi nie uciekniesz.

CZERWONY BAR - 🍷 11 🍷

    Karakan podążył za Carmen i jej kilkoma roześmianymi koleżankami do wejścia Czerwonego Baru. Już drugi raz musiał pokazać fałszywy dowód, jednak tym razem jelonki rogacze nie przyglądały im się podejrzanie. No, może przez chwilę zawiesili wzrok na poturbowanym Nevanie, ale szybko powędrował on w inną stronę. Zapewne przez towarzystwo pięknych pań. 

Koleżanki jego znajomej były równie słodkie i ubrane w podobny, odrobinę kiczowaty sposób. Jedna z nich miała na sobie pudrowo-fioletową sukienkę z falbankami oraz ciemnofioletowe obcasy, a jej dłoń zdobiło kilka błyszczących pierścionków. Kakaowe loki dziewczyny mieniły się przez brokat i inne wynalazki, których Nevan już nie znał. Na głowie miała purpurową opaskę, a szyję ozdobiła naszyjnikiem o tym samym kolorze. Na twarzy… też miała brokat. Jej zarumienione policzki były przez niego idealne podkreślone. Druga z koleżanek Carmen wyglądała niemal identycznie jak pierwsza, z tą różnicą, że jej komplet był jasnobłękitny. Właściwie to nie tylko w ubiorze były takie same. Wyglądały jak bliźniaczki, dlatego też Nevan bez zbędnych pytań właśnie tak założył. Wcześniej przedstawiły mu się, ale był na tyle rozkojarzony, że już nie pamiętał ich imion. A głupio mu było o nie pytać.

Dlatego zamiast zagłębiać się w kolejne znajomości, ustalił iż pozostaną one nie więcej niż zwykłymi „koleżankami Carmen”. Miał w tym przekonaniu nawet własną wymówkę, albowiem towarzystwo jeszcze większego tabunu kobiet nie widziało mu się zbyt dobrze. Jakby nie patrzeć to pomimo swojego, swoją drogą nie prezentującego się najlepiej, wyglądu to wciąż był mężczyzną. Prawie mężczyzną. Bo w jego przekonaniu mógł się określić jedynie mianem chłopczyka. Albo chłopca. Ewentualnie miał szansę awansować na chłopaka, ale do mężczyzny brakowało mu sporo. Harry za to był stuprocentowym mężczyzną. I z pewnością nie był już prawiczkiem, co Nevana peszyło, ale za razem smuciło. Też chciał mieć tego typu sprawy za sobą, skoro był prawie pełnoletni. Jednak zdawał sobie sprawę z jednej rzeczy, która frustrowała go na tyle, że zawsze się denerwował, gdy o niej myślał. Kobiety mu się nie podobały. A przynajmniej nie seksualnie. Bo Carmen przykładowo uważał za bardzo ładną i atrakcyjną dziewczynę, jednak myślał o niej tylko jak o przyjaciółce. Gdy wyobrażał sobie ją inaczej, robiło mu się niedobrze. 

Początkowo myślał, że to po prostu stres bądź presja ojca, ale szybko uświadomił sobie prawdziwą tego przyczynę. I to wcale nie tak, iż kobiety go obrzydzały. Po prostu nigdy nie dałby rady wylądować z którąś w łóżku. Ewentualnie mógł zażyć leki na potencję, jednak gdyby zawartość jego żołądka postanowiła go opuścić w trakcie, nigdy nie pozbierałby się z takiego wstydu. Po prostu czuł niesmak w ustach, nawet jeśli było mu przykro z tego powodu. Chciał być normalny, ale nawet jeśli bardzo tego pragnął, to nie umiał powstrzymać własnego wzroku, lecącego na jakiegokolwiek faceta, który wpadał idealnie w jego gust. Do tej pory przeżył tylko dwa zawody miłosne. To nawet nie tak, że został odrzucony. Nigdy się nie przyznał do zauroczeń. I nigdy nie zamierzał. 

Nevan zdawał sobie sprawę z czego wynikały jego takie a nie inne preferencje. Wtedy był zbyt młody by to zrozumieć, ale widok który zastał pewnego letniego wieczoru, gdy miał może z pięć bądź sześć lat, wywołał u niego nieprzyjemną, długoletnią traumę. Nie umiał spojrzeć na kobietę w taki sam sposób, w jaki przyglądał im się jego brat. Co nie znaczyło, że Nevan pochwalał jego postawę kobieciarza. Do tej pory mogło się to jeszcze nie wydarzyć, ale wkrótce Harry zrani którejś uczucia. 

– Pokaż się – mruknęła cicho Carmen, gdy zasiedli już przy barze. Nevan nie był zbytnio przekonany do jej pomysłu, co dziewczyna skomentowała głośnym prychnięciem. – No przecież nic ci nie zrobię! 

Siłą zmusiła go do siedzenia cicho, gdy zakrywała mu kosmetykami nie wyglądające zbyt zachęcająco siniaki. Choć bolały go one przy każdym najmniejszym dotknięciu, nie odzywał się słowem. Nie chciał wyjść na kogoś jeszcze słabszego niż był. 

Gdy Carmen kończyła zakrywanie sińców, Nevan odrobinę się uspokoił i właściwie prawie zapomniał już o awanturze z ojcem, przynajmniej na chwilę obecną. A wtedy do baru wszedł pająk. Chłopaka oblały zimne poty. Chociaż w podświadomości czuł rosnący z sekundy na sekundę strach, o dziwo śmiało zerknął w ciemne oczy właściciela. Ich spojrzenia spotkały się niemalże natychmiast, jednak żaden z nich nie odwrócił wzroku. Dopiero gdy oczy Aidena stały się chłodne niczym lód, Nevan przestał mu się przyglądać. Kątem oka przyuważył tylko, jak pająk udaje się na zaplecze. Zrobiło mu się ciepło w środku, a na twarzy pojawił się intensywny rumieniec, co nie uszło uwadze Carmen. 

– Wszystko w porządku? – zapytała z troską, ignorując jej chichoczące koleżanki, które podrywał jakiś umięśniony student. – Jeszcze nic nie wypiliśmy, a ty już jesteś cały czerwony. Źle się czujesz?

Nevan pokiwał głową na znak, że czuje się dobrze, bo w chwili obecnej było go stać jedynie na to. Nie chciał się nikomu przyznawać, ale ten prąd który poczuł w ciele, kiedy skrzyżował spojrzenie z Aidenem, nie wróżył niczego dobrego. Nevan czuł to po raz pierwszy, ale zdecydowanie wiedział czym jest to przyjemne uczucie. A nawet jeśli było cudowne, nie oznaczało to, iż chciał go doświadczyć, no a już na pewno nie z własnym lękiem!

– Ja… pójdę zaczerpnąć świeżego powietrza – poinformował, gdy zauważył jak zdenerwowany pająk opuszcza lokal. Nevan czuł się coraz gorzej w tle głośnych śmiechów, rozmów i tłumu. Czuł na sobie wzrok organizatora, w dodatku niezbyt przyjazny, pewnie przez to, że wziął ze sobą tylko trzy dziewczyny. Chociaż szatyn nie rozumiał, dlaczego tamten karakan tak bardzo narzekał. Ładne kobiety kleiły się do niego z każdej możliwej strony, a wciąż było mu mało.

Ignorując zdziwione wołanie Carmen, zsunął się z obrotowego krzesełka i przepchał się przez hałaśliwe i energiczne osoby. Wystraszył się, widząc Aidena opierającego się o ścianę i wypalającego paczkę papierosów. Jelonków rogaczy nigdzie nie było. 

Chociaż strach wciąż górował nad innymi doznaniami, Nevan czuł się onieśmielony, gdy opierał się tuż obok, głośno wzdychając. Od nieprzyjemnego zapachu dymu chciało mu się kichać, jednak wstrzymał się z tym, czując jak pająk mu się przygląda.

Przełknął głośno ślinę, uśmiechając się pod nosem. Czuł się odrobinę niezręcznie. Chciał nawet zacząć jakiś temat, by nie było tu tak cicho i dziwnie, ale za każdym razem gdy otwierał usta, rezygnował z tego pomysłu. Przecież właściciel nie wyglądał na kogoś kto miałby ochotę na rozmowę z dzieckiem, jakim był Nevan. Właśnie tak wmawiał sobie karakan. Dopóki oczywiście nie usłyszał tego delikatnego, ale chłodnego głosu.

– Co tu robisz, dzieciaku? I to jeszcze w takim stanie – mruknął, patrząc na niego bez wyrazu. – Dlaczego w ogóle ktoś cię tu wpuścił?

Nevan doznał takiego szoku, że całkowicie skamieniał. Pająk się do niego odezwał! Co prawda nie był zbyt miły… ale zaskoczył go i to bardzo. Chwila… a może on wie, iż Nevan używa fałszywego dowodu? A jeśli to gdzieś zgłosi?! Karakan otworzył szerzej oczy, gdy Aiden zaśmiał się pod nosem. Brunet zbliżył się do Nevana i dmuchnął mu dymem prosto w twarz. Oburzony karakan ukazał mu jedną ze swoich zezłoszczonych min, co pająk uznał za bardzo, baaardzo przeurocze. Opanuj się Aiden – zrugał się w myślach, odwracając wzrok od chłopaka, który wyglądał teraz jak wściekła muszka.

– Wiem, że jesteś niepełnoletni. 

To zbiło Nevana z tropu. Jego mina ze zdenerwowanej od razu stała się przerażona, a Aiden, choć w środku powstrzymywał się by nie wybuchnąć w tej chwili śmiechem, ponownie przybrał maskę chłodu i obojętności.

– To nie wszystko. Przychodzisz do baru pobity i straszysz moich klientów. Może wcale nie jesteś taki niewinny, na jakiego wyglądasz, co? Z kim się wdałeś w bójkę? Z kumplami? A może zaczepiały cię jakieś łobuzy? Nie chcę mieć tu problemów, dlatego nie przychodź tutaj więcej. Nie życzę sobie, żeby kręciła mi się w tym miejscu problematyczna młodzież – Rzucił papierosa na ziemię i dogasił go nogą.

Nevan spochmurniał. Mógł się domyśleć, że rozmowa wcale nie potoczy się w miłym kierunku. Zapomniał gdzie jego miejsce. Przez chwilę poczuł się zbyt śmiały. A przecież on nie jest nikim ważnym.

– J-ja… to n-nie tak… – Siedemnastolatek próbował się usprawedliwić. Jednak co miał mu powiedzieć? Przecież, gdyby dowiedział się prawdy to by go wyśmiał nawet bardziej niż przed chwilą.

– Nie? To w takim razie co? Sam się pobiłeś? Pfff… – parsknął Aiden z nutką pogardy w głosie. – Albo matka cię zlała? A może to ojciec ci wpierdolił, bo chciałeś tu przyjść?

Każdy włosek na ciele Nevana stanął dęba, gdy usłyszał przypuszczenia bruneta. On wie! Wargi chłopaka zadrżały, na wspomnienie ciężkiej butelki lecącej wprost na jego kruche i mizerne ciało. Było mu wstyd, że nie umiał się obronić. 

Aiden początkowo tylko droczył się z Nevanem, licząc na to, że ponownie oburzy się jak wściekła, mała muszka, jednak tak oddalonej od jego oczekiwań reakcji się nie spodziewał. Poczuł ukłucie w środku, bo być może trafił prosto w środek. Ale kto normalny skatowałby własnego syna? Niestety Aiden nigdy nie miał rodziny, więc odpowiedź na to pytanie przychodziła mu z trudem.

– Ej, dzieciaku, ja tylko żarto-

– Masz rację! To jakaś banda mnie zaczepiała. Ja… nie miałem przy sobie pieniędzy i… – skłamał, by obronić swojego ojca. Nie chciał by ktoś się wtrącał w jego rodzinne problemy. Gdyby komukolwiek powiedział… pewnie ojciec by go zabił.

– Tsk. Dlatego więcej tu nie przychodź – warknął, wyciągając kolejnego papierosa z paczki. – A z wizytówką możesz zrobić co chcesz. Podrzeć ją. Spalić. Albo po prostu wyrzucić. Ale nie dzwoń.

Szatyn poczuł uścisk w gardle, słysząc tak przesiąknięty lodem ton. W takim razie dlaczego mi ją dałeś? – Tak bardzo chciał zadać to pytanie. Jednak nie umiał. Znów zapomniał gdzie jego miejsce. Przecież nie powinien się wychylać. W końcu miał do czynienia z pająkiem. A pająki są strasznie. I nie potrafią kochać. 

On ma rację – pomyślał z bólem Nevan, Nigdy nie powinienem był tutaj przychodzić. Nie ma dla mnie miejsca w takim świecie.

CZERWONY BAR - 🍷 10 🍷

    Nevan wracał ze szkoły przejęty wyborem jakiego dokonał. Wcześniej zaczepiła go Carmen i nawijała o imprezie z takim entuzjazmem, że chłopak nie potrafił odmówić zjawienia się na niej. Choć własne zaproszenie podarł, mógł zjawić się jako para szatynki. Ponoć w barze miała pojawić się osoba, którą dziewczyna bardzo podziwiała. Dlatego nie umiał być asertywny. Nevan nigdy nie mówił nie.

Gdy wrócił do domu, cisza którą zastał była wręcz nienaturalna, przez co zmartwienie ogarnęło jego ciało. Bo gdy było tak spokojnie to albo rodziców nie było w domu albo wszyscy się modlili, albo…

– Wreszcie, gównnniarzu.

…wszyscy chowali się przed pijanym, agresywnym ojcem. Harry zamykał się u siebie, zagłuszając jego krzyki gitarą, matka była w sypialni i modliła się zestresowana, a Nevan… właściwie to on nigdy nie wychodził z pokoju, bo po prostu się bał. Jednak gdy dochodziło do takich sytuacji jak teraz, Harry zawsze go bronił, potrafił nawet pobić się z ojcem. Niestety Harry'ego już z nimi nie było. A ich matka udawała, że nic nie widzi. Jak zawsze. Zawsze też stawała po stronie ojca, zawsze popierała, zawsze ganiła, gdy on to robił. Prawda była oczywiście trochę inna. Kobieta wcale nie należała do kategorii złych matek. Ona tak samo się bała. Mąż zastraszał ją. Wpadła w sidła tego agresywnego fanatyka. Dlatego starała się, by jej dzieci chociaż udawały, iż zależy im na wierze chrześcijańskiej. Potem stało się to dla niej czymś normalnym, każdego dnia tak naprawdę modliła się tylko o to, by jej dzieci nigdy nie były ofiarami gniewu ich ojca, takimi jaką stała się ona. Matczyny instynkt był silniejszy niż licealna miłość do męża, który w tamtych czasach zachowywał się jeszcze normalnie. Niestety strach również górował, dlatego kobieta nie robiła nic w tej sprawie.

Jednak były sytuacje o których nawet ona nie miała pojęcia. Harry już kilka razy został praktycznie skatowany przez ojca, jednak przez umiejętność obrony, nie było to aż tak straszne jakim mogło się wydawać. Nevan był świadkiem jednej z takich scen. Jego starszy brat szarpał się wtedy z ojcem w salonie, a ten w przypływie wściekłości rozbił synowi szklaną butelkę po wódce na głowie. Nie trzeba dodawać, że był wtedy mocno wstawiony. Cała ta niedorzeczna akcja skończyła się wizytą w szpitalu, ale chłopcy powiedzieli matce, iż była to jedyne nieudolna bójka w szkole. Nie chcieli jej dodatkowo martwić, gdyż przeżywała wtedy dość trudny okres w pracy.

Harry był dla Nevana jak ochroniarz. No właśnie, był. I go zostawił. A przynajmniej tak to odbierał szatyn. Obiecał mu, że po niego wróci… jednak ile jeszcze młodszy musiał to znosić? Siedemnaście wiosen bał się ojca, a choć w tych pierwszych latach swojego życia nie do końca rozumiał co dzieje się w domu, wraz z dojrzewaniem zaczął dostrzegać i rozumieć coraz więcej. Jednocześnie nie był też taki naiwny, za jakiego brali go wszyscy z otoczenia. Wiedział co dzieje się z matką, nawet jeśli nie znał wszystkich szczegółów. Zdawał sobie sprawę z tego, że jest ona pod całkowitymi wpływami ojca, dlatego nigdy nie obroni swojego syna.

Nevan zignorował pijackie wołania ojca i po cichu znalazł się w swoim pokoju by zamknąć się na klucz. Skoro Carmen zmusiła go do ponownej wizyty w miejscu, którego wolał unikać (nie tylko z powodu bycia pożeranym wzrokiem przez pająka, ale również kwestii fałszywego dowodu!), to wolał jak najszybciej znaleźć się w lokalu, bo to jednak było dla niego o wiele przyjemniejsze miejsce niż dom z ojcem alkoholikiem.

Naszykował sobie całkiem ładną, biała koszulę, której wyprasować nie mógł. Dlatego musiał zadowolić się jedynie pogniecioną, co odrobinę go zawstydzało. Chciał wyglądać na wyluzowanego, dlatego wcisnął na siebie dżinsy z dziurami na kolanach. Niestety Nevan i moda to największe sprzeczności, ale stwierdził iż to i tak lepsze niż gdyby przyszedł w dresach jak większość znajomych tamtego delikwenta. Zresztą odniósł wrażenie… że Czerwony Bar jednak wymagał choć odrobiny elegancji w stroju.

Usłyszał głośny trzask drzwi, co świadczyło o wyjściu ojca z domu. Pewnie poszedł kupić więcej alkoholu bądź swoje ulubione papierosy. To była szansa dla Nevana by chociaż spróbować wyprasować tę nieszczęsna koszulę. Uwinął się z tym na tyle szybko, że zdążył zniknąć w swoim azylu, akurat gdy mężczyzna zjawił się z powrotem.

Przez to, że został w szkole na dodatkowych lekcjach, w domu pojawił się on dopiero parę minut przed dziewiętnastą. A że impreza zaczynała się punkt dwudziesta pierwsza, postanowił ogarnąć swój wygląd. O dziwo nażelował on odrobinę włosy, tym samym odkrywając swoje niebieskie oko. Sam nie wiedział czemu to zrobił. Bardzo się go wstydził, ale tym razem chyba nie miał zamiaru się nim przejmować, tylko po prostu chwilę pobawić się z Carmen i wrócić do domu. Przebrał się w zaplanowany strój, a gdy zapinał ostatnie guziki koszuli, przyjrzał się sobie w lustrze. Nevan wyglądał elegancko i całkiem pociągająco… jednak równocześnie przez budowę swojego ciała był taki kruchy i delikatny. Wstydził się siebie. Chciał być tak męski jak Harry, a jedyne co z niego wyrosło to takie chucherko. Przez to przeklinał geny jakie dostał. Ale nie mógł ich zmienić. Jedyną ewentualnością pozostawał jakiekolwiek sport, jednak Nevan nie czuł się w tej dziedzinie ani odrobinę pewnie. Kiedyś nawet próbował biegać po pobliskim parku, niestety szybko przekonał się, że inni oceniają każdego, nawet go nie znając. Więc ten pomysł odpadł na starcie. Zresztą Nevan myślał bardziej nad czymś związanym z samoobroną. By bronić się przed ojcem, oczywiście. Jednakże wiedział, iż staruszek nigdy nie zafunduje mu takich zajęć. Przecież gdyby to zrobił straciłby możliwość wyżycia się na nim.

Harry też byłby przeciwny płaceniu Nevanowi za cokolwiek. Chociaż troszczył się o niego, jednocześnie był bardzo kapryśny. Dodatkowo starszy wciąż poszukiwał pracy. Chciał pójść na dobre studia, by uwolnić się od rodziny, jednak będąc bez jakiejkolwiek sumy mógł sobie o tym tylko i wyłącznie pomarzyć. Tak naprawdę starał się o prawa do opieki nad Nevanem, jednak niekoniecznie go o tym poinformował. Brunet zdawał sobie sprawę jak zacznie wyglądać życie jego braciszka. Ciągle kłótnie, obwinianie dziecka, kradzież jego pieniędzy, a nawet rękoczyny, to wszystko było wycelowane w Harry'ego przez tyle lat. Nie chciał by Nevan tak skończył. Dlatego musiał jak najszybciej się ustatkować.

Nevan wrócił po telefon do pokoju. Carmen wysłała mu wiadomość, że wkrótce będzie pod jego domem. Dlatego chłopak postanowił poczekać na nią na dworze. Telefon zostawił w pokoju, ukrył go żeby ojciec nie zauważył, iż karakan nim dysponuje. Dostał go rok temu na urodziny od Harry'ego, a choć urządzenie służyło tylko do rozmów i posiadało dwie, ewentualnie trzy mini-gierki, to Nevan cieszył się z możliwości komunikacji ze znajomymi. Oczywiście głowa rodziny nie tolerowała elektroniki w domu. Komputery? Laptopy? Smartfony i inne dziwne wynalazki? Traktował je jak odmóżdżenie. Jedynym co w miarę akceptował było kilka urządzeń codziennego użytku i telewizor. Korzystał z niego codziennie, właściwie reszta domowników też robiła to od czasu do czasu. Jednak mieli ograniczony czas użytku. Dlatego Nevan z każdym dniem czuł się tutaj coraz bardziej jak w klatce. Był całkowicie odseparowany od świata.

Zszedł po schodach, robiąc to jak najszybciej. Liczył na to, że pijany ojciec siedział teraz w salonie i rozmawiał sam ze sobą, jak to miał w naturze, gdy przesadził. Niestety, bardzo się przeliczył. Wpadł na niego tuż przy drzwiach, a przerażenie jakie go ogarnęło, prawie odebrało mu mowę. Czuł, jak jego dłonie stają się lodowate, a mrowienie w kończynach nasilało się z każdą kolejną sekundą.

– Czego chhhcesz… – wybełkotał starszy karakan, w miarę łagodnie jak na jego stan. Później zauważył, że Nevan jest ubrany nienaturalnie zbyt elegancko, w dodatku właśnie zamierzał nacisnąć na klamkę. Automatycznie ogarnęła go wściekłość. – Gdzie się wybierasz niewychhhowany gnojku?

Nevan nie wiedział co ma mu odpowiedzieć. Spuścił głowę, zaciskając dłonie na ramionach ze strachu. Wiedział. Wiedział, że to będzie zły pomysł, a i tak dał się namówić.

– J-ja… – zaczął cichutko, a gdy jego ojciec krzyknął na niego, że nie słyszy, powtórzył trochę głośniej. – J-ja idę na urodziny k-kolegi…

Mężczyzna ryknął tak głośnym śmiechem, że Nevan instynktownie skulił się jeszcze bardziej. Gdyby wyszedł choć minutę później… Może miałby szansę uniknąć konfrontacji z ojcem…

– Nigdzie nie idziesz.

Nevan zacisnął zęby w przypływie delikatnej złości. Dlaczego nie? Przecież nie miał zamiaru zrobić nic złego. Chciał tylko towarzyszyć Carmen i jej koleżankom, nie miał zamiaru nawet zerkać na alkohol. Mógł ponownie spotkać tego przemiłego barmana, który zasugerował mu nektar bez procentów. Ignorując słowa ojca, spróbował przejść obok gdy poczuł jak zostaje gwałtownie odepchnięty od drzwi. Upadł na podłogę, sycząc cicho, bo obtarł sobie łokieć o fragment wykładziny.

– Ty rozwydrzona kurwo! – Gniew mężczyzny stał się na tyle silny, iż Nevan zatrząsł się jak osika. Jego oczy były szeroko otwarte ze strachu, a oddech stał się tak nieregularny, że chłopak prawie stracił przytomność.

Niestety mężczyzna nie poprzestał na wyzwiskach. Chwycił leżąca na stole butelkę i zaczął okładać nią chłopaka. Nevan, w przypływie adrenaliny przestał odczuwać strach. Jedyne czego pragnął to wydostać się z tego domu jak najszybciej i ucierpieć w najmniejszym stopniu. W prawdzie dostał mocnego kopa energetycznego, jednak wciąż był zbyt słaby by uwolnić się od siłacza, jakim był jego ojciec. Kiedyś chodził na boks, a podczas libacji zdecydowanie zbyt często mu się to przypominało. Młody karakan starał się z całych sił by ciosy nie trafiały w jego ciało. Po każdym kolejnym na jego ciele pojawiał się albo ogromny siniak, albo zadrapanie. W pewnej chwili nawet poczuł jak coś ciepłego spływa mu po skroni, potem zorientował się że to krew. Kopnął ojca w piszczel, a ten odsunął się z wrzaskiem i kilkoma okropnymi przekleństwami.

Nevan wybiegł z domu, nie zatrzymywał się dopóki nie był świadom, że w tym miejscu może mu ktoś pomóc, w razie agresji jego ojca. Nażelowane włosy z powrotem były potargane, a większość z nich zasłaniała mu oko, które dziś zapragnął pokazać światu. Ale to było wcześniej. Teraz znów zrozumiał, że jest tylko zwykłym, szarym owadem w tym wielkim świecie. I nie jest nikim wyjątkowym.

– Nevan!!! – wrzasnęła piskliwie Carmen, truchtając do niego w swoich błyszczących, różowych butkach na obcasie. Wyglądała na wstrząśniętą jego stanem. – Kochany, co ci się stało?!

Nevan nie odpowiedział. Ulga jaką poczuł napełniła jego oczy łzami, które już po chwili spłynęły po jego obitych policzkach. Szybko je starł, bo zrobiło mu się wstyd, że rozryczał się przed dziewczyną, w dodatku dał się pobić jak jakaś łamaga.

– Oj… jeśli nie chcesz to nie mów! Ale proszę, nie płacz… chodźmy już… tam pomogę ci to wszystko zakryć, dobrze?

Nevan pokiwał głową w odpowiedzi. Troska zawarta w głosie Carmen sprawiła, że poczuł się jeszcze bardziej żałośnie, niż wyglądał. Pierwszy raz próbował postawić się ojcu. I skończył tak samo jak Harry, gdy ten tego dokonał.

CZERWONY BAR - 🍷 9 🍷

    Aiden delektował się czerwonym winem, poprawiając zsuwającą mu się kołdrę z bioder. Był bardzo zirytowany. Ignorował kochanka wtulającego się w jego bok. Nawet nie pamiętał jego imienia. Nigdy ich nie pamiętał. Tylko to jedno zapadło mu w pamięć, choć nawet nie położył palca na dzieciaku. Nevan. Gnojek nie zadzwonił, a minęło już tyle dni! Pająk z frustracją odłożył pusty kieliszek na szafkę. Nie tak to sobie zaplanował. 

Jego telefon gwałtownie zawibrował, więc wciąż nie w humorze zerknął kto ma czelność denerwować go bardziej. Danny. Wysłał mu wiadomość. Zdjęcie. A na nim… Nevan! W jego barze! Siedział skulony w eleganckiej koszuli, zakrywając twarz włosami. Ale Aidenowi i tak udało się zauważyć kilka intensywnych siniaków. Zerknął na drugą wiadomość, uśmiechając się pod nosem.

„Twój aniołek tu siedzi. Szkoda tylko, że coś jest na rzeczy bo chyba płakał, jest wszędzie obity a jego włosy są we krwi 🤔”

Pająka zaniepokoiła ta wiadomość. Chociaż miał dzisiaj relaksować się w domu, postanowił ponownie odwiedzić swój lokal. Ale żeby to zrobić musiał przepędzić intruza. Gwałtownym ruchem zdjął z niego puchaty koc, a chuda, złotowłosa ważka spadła z łóżka. Chłopak jęknął z bólu, prychając na Aidena gniewnie.

– Wypad! – burknął pająk, wsuwając już na siebie spodnie. Nawet na tamtego nie spojrzał. Nie był nikim ciekawym. I był słaby w łóżku. Dlatego też krzyżak niezbyt się przejął wyzwiskami pod swoim adresem, bo skoro niechciany obiekt wyszedł (z hukiem, ale wyszedł!), to mógł iść przebadać sytuację. 

Nie do końca rozumiał, czemu tak bardzo zmartwił go ten zwyczajny, aspołeczny karakan. Gdy o nim myślał czuł dziwne ciepło w środku, a niewinność dzieciaka tylko go rozbawiała. No tak, Nevan był niezwykle szczery w swoich reakcjach, co zdarzało się już dosyć rzadko u osób. Może to właśnie to było w nim takie przyciągające?

Pokręcił głową, gdy zdenerwowały go jego własne myśli. To niemożliwe. Dla niego nie istniało takie coś jak miłość i nigdy istnieć nie będzie. A gdzie tu można mówić o miłości, gdy dzieciaka widział raz w życiu? Nawet się nie zauroczył. Po prostu miał ochotę ugościć Nevana w swoim łóżku. Tylko tyle.

Poddenerwowany zarzucił na siebie śnieżnobiałą bokserkę i sięgnął po ciemnoszarą narzutę. Przeczesał dłonią kruczoczarne włosy, burcząc przekleństwa pod nosem. Gdy wychodził przyjrzał się jeszcze swojemu odbiciu w lustrze. Zmarszczył brwi, a spojrzenie ciemnoczekoladowych oczu zlustrowało go całego.

Pomimo wieku dwudziestu sześciu lat, Aiden wyglądał na o wiele młodszego chłopaka. Dzięki swojej delikatnej budowie (choć mimo wszystko miał w sobie również coś męskiego), uchodził za początkującego licealistę, ewentualnie maturzystę. Często też kłamał co do swoich lat, bo nie widział potrzeby podawania prawdziwego wieku swoim i tak jednorazowym przygodom. Zazwyczaj traktował ich jak zwykłe rzeczy do zaspokojenia żądzy, jednak nikt nie miał prawa go oceniać. Bo skoro sami go zapraszali i pakowali mu się do łóżka, to czy również oni go nie wykorzystywali?

Prychnął, gdy jego myśli znów powędrowały do potłuczonego dzieciaka. Nevan był… z pozoru zdecydowanie zbyt delikatną osobą, a nawet ktoś taki jak pająk miał sumienie. Pomyślał, że po prostu znajdzie sobie kochanka o podobnej aparycji, skoro i tak gustował w tych z uroczym wyglądem. Według niego karakan był bardzo, bardzo uroczy… ale jednocześnie zbyt naiwny, co za tym idzie łatwy do wykorzystania. A Aiden zdecydowanie nie chciał mieć na sumieniu jednej, bardzo zranionej duszyczki. 

Krzyżak nie mieszkał daleko od Czerwonego Baru. Było to zaledwie piętnaście minut drogi piechotą. Tym razem nawet nie próbował załagodzić nerwów, jakie spowodowało jego pojawienie się. Niektórzy byli podekscytowani, inni zdziwieni, a jedna z osób wlepiała w niego oczy z przerażeniem. A raczej oko. Tak, to był ten słodki karakan, mający brzydkiego siniaka na brodzie, pod piwnym okiem i kilka na odsłoniętych nadgarstkach. Jego włosy w niektórych miejscach były pozlepiane krwią, więc właściciel zaczął się zastanawiać co było tego przyczyną, skoro na ciele nie było widać żadnych głębszych obrażeń. Chyba, że je ukrywał. 

Siedząca obok Nevana kobietka była w trakcie zakrywania tych okropnych śladów pudrem, jednak zatrzymała się w połowie, gdy Aiden stanął zdenerwowany w drzwiach. Czyżby jego dziewczyna? Tym bardziej odechciało mu się kłaść na nim swoje zboczone dłonie. Odpuścił sobie, jeden kochanek mniej wcale nie zrobi mu różnicy.

Aiden wszedł za ladę, kierując się na zaplecze, a osoby wznowiły swoją zabawę. Brunet pociągnął Danny'ego za sobą, by porozmawiać z nim dyskretnie w cztery oczy.

– Dan, do cholery, kto go tu wpuścił? – syknął, żywo gestykulując.

Błękitny motyl nie przejął się jego kiepskim humorem. Raczej wydawał się być zaskoczony, może odrobinę zły na jego postawę. Przecież sam chciał go poderwać, Dan nawet jeśli bardzo współczuł biednemu karakanowi, to mimo wszystko poinformował przyjaciela o jego pojawieniu się tutaj. A ten wpadł zły! Jeśli był w trakcie… to mógł po prostu nie odbierać esemesa! To Dan zmarnował swój czas na przerwie! 

– O co ci chodzi? Masz pieprzoną dwubiegunowość? –  Również syknął, tupiąc nerwowo nogą. – Najpierw się cieszysz, że młody tu siedzi i się nim zachwycasz, a teraz nagle jesteś na mnie zły, bo z własnej woli sam tu przyszedł? 

– Zmieniłem zdanie. – Aiden westchnął, nerwowo oblizując dolną wargę. – Nie chcę tego dzieciaka zdemoralizować. Zresztą, nie jest on pełnoletni, nie powinien zostać tu wpuszczony.

– Może ma fałszywy dowód? – Zastanowił się przez chwilę motyl, po czym pokręcił głową rozbawiony. – Chwila, a od kiedy ty zmieniasz zdanie w kwestii doboru jednorazowych partnerów, hm? Jakoś ostatnio nie miałeś skrupułów by przelecieć tego szesnastolatka. I raczej ci się podobało, co?

– To co innego! – Podniósł głos, krzyżując ręce na klatce piersiowej. – Skoro jest pobity, to musi mieć z kimś jakieś spiny. A ja nie chcę tutaj problemów. Nie w tym barze!

– Myślisz, że taka osoba jak on miałaby z kimś na pieńku? Jak dla mnie te siniaki to nie jest coś co powinniśmy zignorować. Zwłaszcza, że to jeszcze dzieciak.

Aiden machnął lekceważąco ręką, kierując się do wyjścia z zaplecza. Mógł tu nie przychodzić. Tylko zmarnował swój cenny czas, a Dan zdenerwował go bardziej.

– To nie moja sprawa.

Wyszedł, zostawiając motyla samego. Daniel uniósł jedną brew, a jego twarz skrzywiła się w grymasie niezadowolenia. Typowy Aiden. Udawał, że nic i nikt na świecie go nie obchodzi, bo przecież widział tylko siebie i swoje potrzeby. Choć czasem ukazywał swoje serce w stosunku do Danny'ego, działo się to tak rzadko, że błękitny zastanawiał się, czy pająk nie ma w swoich emocjach jednej, wielkiej znieczulicy.

– Jesteś takim debilem, Aiden – mruknął pod nosem. – Aż mi ciebie czasem szkoda.

CZERWONY BAR - 🍷 8 🍷

    Danny przysłuchiwał się kolejnej opowieści Mike'a, oczarowany jego osobą. Popijali malinowe sorbety, spacerując po alejce miasta, pełnej atrakcji turystycznych. Od smakołyków do niewielkich rozrywek czy straganów z pluszakami. Aktualnie trwał sezon festynów, dlatego też uliczki przyozdobione były małymi lampkami o różnych kształtach i kolorach. Dan wystroił się na tę randkę w swoje najlepsze ubrania. Wziął delikatnie opinające, odrobinę starte już, czarne spodnie i dobrał do nich elegancką, błękitną koszulę. Nie zapomniał o swojej ulubionej skórzanej kurtce, choć w tej chwili było mu w niej niezwykle gorąco. Włosy związał w gruby warkocz i ozdobił go niezapominajkami, a oczy tak tylko troszkę… podkreślił czarną kredką. Tym razem nie zakrył pieprzyka, a do wargi ponownie włożył swój srebrny kolczyk. Tony nie lubił gdy go nosił, ale Tony'ego teraz tu nie było. Na jego miejscu był Mike. I to Mike'owi chciał się podobać.

Żałobnik wcale nie wyglądał gorzej. Miał na sobie czerwone, skórzane spodnie i czarną koszulę, odrobinę odpiętą przy kołnierzyku. Włosy nażelował, co dodawało mu uroku osobistego. Na ramię zarzucony miał plecak, a w nim portfel, telefon, klucze oraz inne ważne rzeczy. Przyjechał motocyklem i nim miał zamiar odwieść Danny'ego do domu. Lecz teraz nie skupiał się na powrocie. Dan prosił go, by opowiedział mu coś o sobie. No więc opowiadał, jednak miał wrażenie, że historie z jego życia są żywcem wyjęte z telenoweli – wręcz nudne i schematyczne. Ale skoro błękitny motyl szczerze się śmiał… to może jednak go rozbawiły? Fakt, utknięcie nogą w muszli klozetowej przez własną siostrę może wydać się komuś śmieszne, ale dla Mike'a było to tak żenujące, że jego twarz pokryły delikatne rumieńce. Właśnie w ten sposób zeszli na temat jego rodziny. Otóż Mike miał dobrą rodzinę. Bardzo dobrą. I tolerancyjną – trzeba dodać. Wszyscy od początku uczestniczyli w jakimś dziwnym rytuale. A przynajmniej tak słyszeli od znajomych. Ale! Dzieciaki były po prostu wychowywane rodzinnie. Jedli wspólnie śniadania, obiady, kolacje, czasem nawet podwieczorki. Przez ten czas rozmawiali ze sobą, omawiali spędzone dnie. Młoda miała pierwszego chłopaka? Obaj bracia od razu lecieli, by załatwić go wiatrówką. Druga z sióstr wpadła w kłopoty z łobuzami? Żaden problem, wystarczyło że najstarszy z braci strzelił palcami, ci uciekali na drugi koniec szkoły. A w tym czasie ojciec oczywiście szykował wiatrówkę. Wszyscy potem śmiali się z takich sytuacji, choć czasem były to naprawdę poważne problemy. Mike za czasów szkoły średniej był… jaki był. To on pełnił rolę straszyciela. I to nawet nie tak, że komuś dokuczał. Po prostu się bił. Tak, ten łagodny Mike i bójki! A to wszystko wina tego, że nie akceptował siebie. Dopiero dwa lata temu przyznał się rodzinie do swojej orientacji. Co przyszło mu bardzo ciężko. Był wtedy już w związku, jednak nie trwał on długo, bo żałobnik był wielokrotnie zdradzany przez swojego ex. 

Początkowo rodzina brązowookiego była zdziwiona jego wyznaniem, lecz szybko się z tego pozbierali. Wsparli go. Potem wyprowadził się wraz ze swoim chłopakiem. A rok temu tamten się wyniósł. Nie zostawił po sobie nic. Jedynie kartkę, gdzie napisał, że Mike to ciota. Bo Michael liczył na normalny związek, ale jego były nie doceniał miłości żałobnika. No, chłopak przeliczył się co do swoich znajomości. Skumał, że to tak nie działa, a związki trwające dłużej niż miesiąc to mit. Więc zaczął balować. Aż stracił kontrolę. Ogarnął się dopiero dzięki bratu, który zauważył, iż coś się dzieje ciutkę za późno. Gdy Mike był już sfiksowany pod względem wielu używek, Marco kopnął go wtedy w tył, dodając tak silnej energii, że jego młodszy brat się pozbierał. Przez cały ten czas, żałobnik ukrywał przed rodziną własne problemy i przez pewien okres bardzo tego żałował. 

Michael miał dużo rodzeństwa. Starszego brata – Marco, który wielbił się w sportach ekstremalnych. Wielokrotnie brał udział w wyścigach na szybki lot, zdobywał medale i się tym chwalił. Miał narzeczoną Dianę, oboje spodziewali się córki. Potem w kolejne był Mike, a następną była jego piętnastoletnia siostra Gizela. Urocza osóbka, lubująca w romantycznych książkach i sukienkach. Trochę kujonka, ale nikt na to nie narzekał. Dwunastoletnia Hana natomiast to typowa chłopczyca. Chodziła cały czas w dresie i uwielbiała się bić. Mimo wszytko miała dobrą więź z Gizelą i gdy ktoś jej dokuczał, podwijała rękawy. Została jeszcze Noemi. Dwuletnia gąsieniczka, która potrafiła zasnąć tylko ze smoczkiem! Jakakolwiek próba oddzielenia ją od niego kończyła się płaczem na cały dom, co do najprzyjemniejszych wcale nie należało.

Dan bardzo się zachwycał rodziną Mike'a i ich relacją. Uważał, że to cudowne mieć właśnie tak wspaniałych rodziców oraz zgrane rodzeństwo. Niestety żal sam ścisnął go za serce, czego Daniel wcale nie chciał. On był sam. Oddany jako niemowlak, nawet nie zaznał ciepła matki. Zazdrościł mu, bo w przypadku jego samego było to tylko odległe marzenie. Uśmiech zniknął z twarzy Danny'ego, zastąpiony przygnębieniem. Początkowo Mike tego nie zauważył i nawijał dalej. Ucichł natomiast, gdy Dan przestał śmiać się cicho pod nosem. 

– Danny, wszystko w porządku? – zapytał, zdezorientowany zmianą jego humoru. 

Nie zrozumiał co było tego przyczyną. Powiedział coś nie tak? Może jednak przesadził z kompromitującymi historiami i Dan stwierdził, że jest mało inteligentnym nudziarzem? Tak, to bardzo prawdopodobne.

– Tak, nie przejmuj się! – Błękitnoskrzydły otrząsnął się, ponownie uśmiechając się szeroko. Tym razem jednak nieszczerze.

Mike nie był przekonany co do jego zapewnień. Zapytał go kolejne kilka razy, jednak Dan za każdym razem go zbywał. Atmosfera przestała być przyjemna, zrobiło się niezręcznie i nieprzyjemnie. A to wcale nie tak miała wyglądać ich randka. Danny pokręcił głową, zawiedziony. Podszedł do najbliższego śmietnika, by wyrzucić pusty kubek po sorbecie. Zawiódł się na sobie. Bał się, że Mike go wyśmieje albo podejdzie do niego z dystansem, kiedy dowie się o warunkach w jakich wychowywał się niebieski motyl. Sam zepsuł to wyjście…

– Dan, jeśli ja naprawdę powiedziałem coś nie na miejscu-

– Jestem sierotą – przerwał mu szorstko, bawiąc się nerwowo kosmykiem włosów. Powiedział mu szczerze, więc liczył na szczerą reakcję.

– Danny, to… – zaczął zdezorientowany żałobnik. Teraz zrozumiał, że naprawdę powiedział zbyt wiele! – Bardzo mi przykro… ja… powiedziałem zdecydowanie za dużo. Głupi jestem.

– Nie traktuj mnie z tego powodu inaczej! – zdenerwował się Daniel. – Po prostu… było mi trochę przykro. Ale chcę słuchać jak opowiadasz o swojej rodzinie! Jest świetna!

Żałobnik roześmiał się pod nosem, czego Dan zupełnie nie zrozumiał. Mike podszedł bliżej i przytulił delikatnie błękitnoskrzydłego. Zdziwiony Dan odwzajemnił uścisk, a jego serce zabiło mocniej.

– Wcale nie traktuję cię inaczej – szepnął mu do ucha. – Jeśli to nie jest dla ciebie nieprzyjemny temat to dobrze. Jednak… nie chcę byś był smutny – Pogłaskał go po policzku. – Jeśli coś cię zasmuci to mów szczerze, mną się nie przejmuj. Zgoda?

Daniel był zdziwiony. Nikt go tak jeszcze nie traktował. Nigdy nie czuł się kimś wyjątkowym czy ważnym. A Mike zawrócił mu w głowie i sprawił, że właśnie taki się poczuł. Zrobiło mu się naprawdę miło na sercu. Uśmiechnął się delikatnie pod nosem.

– Zgoda.

Mike uwolnił go z własnych objęć, po czym chwycił dłoń Danny'ego i pociągnął w stronę części z rozrywką. Spędzili kolejne pół godziny wygłupiając się w swoim towarzystwie, po czym żałobnik zaproponował, że odwiezie błękitnego motyla do domu. Ten przez chwilę się wahał, jednak zanim się obejrzał już wtulał się w jego plecy, przyglądając się pędzącemu światu, zza jego skrzydeł. W towarzystwie Michaela czuł się cudownie i było mu naprawdę żal kończyć już ich randkę. Ale wiedział, iż chłopak może mieć jeszcze inne plany, dlatego nie protestował. 

Zatrzymali się niedaleko domku Daniela i obaj zeszli z motocyklu. Mike odebrał kask od Dana, również zdejmując swój. Posłał mu czarujący uśmiech, a piwnooki zaczerwienił się odrobinę, przez swoje własne myśli. Zagryzł wargę, delikatnie ocierając się nogą o udo żałobnika.

– Może wpadniesz… na dłużej? – szepnął, uśmiechając się figlarnie, gdy zauważył nabuzowanego już Mike'a.

– Dan… – mruknął, przyciągając chłopaka do siebie. Musnął jego wargi czule, cicho wzdychając, gdy poczuł kolejną prowokację swojej randki. – Kusisz… – wyszeptał mu w usta, a Danny prychnął śmiechem. 

– Może taki mam zamiar, kto wie? – Objął go za szyję, bawiąc się kilkoma kosmykami bordowych włosów.

– Dzisiaj nie mogę… – Pokręcił zrezygnowany głową, a Dan posmutniał. – Przepraszam.

– To nic… – Speszony chłopak odsunął się od żałobnika. Podrapał się nerwowo po karku, a niezręczny uśmiech błąkał się na jego zarumienionej buzi. – N-nie przejmuj się…

– Sobotę mam wolną. Calusieńką. Tylko dla ciebie, tak? 

– …Tak.

Dan spuścił głowę, a szczęście sprawiało, iż nie mógł przestać się uśmiechać. Mike naprawdę był czarujący. Nawet gdy w końcu odjechał, Dan nie potrafił przestać o nim myśleć. Naprawdę cieszył się, że poznał żałobnika. Dzięki niemu ponownie czuł ciepło w środku serca. I wiedział, że chętnie spotka się z nim w sobotę.

CZERWONY BAR - 🍷 7 🍷

    Nevan spędzał samotnie przerwę, delektując się drugim śniadaniem, które zrobił z samego rana. Przygotował sałatkę z kawałkami mięsa, popijając kawę by dodać sobie sił. Harry pojawił się w kuchni w momencie, gdy Nevan miał już wychodzić do szkoły. Wyglądał na niewyspanego, a jego przekrwione, brązowe oczy wyrażały nienawiść do całego świata. Przeczesał dłonią krótkie, czekoladowe włosy, wydając z siebie głośny jęk, sygnalizujący ból. Młodszy brat bez słowa podał mu leki przeciwbólowe, a starszy pogłaskał go delikatnie po głowie. Harry był od niego wyższy, lepiej zbudowany i fajniejszy. Był popularny pośród innych, choć czasem potrafił być wredny i złośliwy. Ale umiał być przykładnym bratem. Szatyn zaśmiał się cicho pod nosem. Wyszedł z domu w dobrym humorze.

W szkole chłopak rzadko z kimś rozmawiał. Wprawdzie miał kilka koleżanek, które codziennie go zaczepiały, jednak często odmawiał, gdy zapraszały go na imprezy, wyjście do kina czy innego rodzaju rozrywki. Niestety Nevan, osoba niezwykle nieśmiała, kręcił głową na nie. Większość znajomych obraziła się przez to, ale zostały również nieliczne jednostki kobiet, które z chichotem oznajmiały mu, że jest niezwykle uroczy. Szatyn nie lubił tego określenia. Uroczy. Czuł się wtedy jak roczne dziecko, które wypowiedziało swoje pierwsze słowo, a wszystkie ciotki i babcie zachwycały się tym jakby miały zaraz zemdleć. 

Westchnął cicho, gdy przysiadł się do niego ktoś starszy. Znał go. Czasem widywał chłopaka, zaczepiającego bezbronnych uczniów. Dręczył ich, wyłudzał pieniądze i naśmiewał się niezwykle złośliwie. Mimo to był lubiany wśród wielu osób. Pewnie przez to, że dobrze grał w kosza. Nevan nie rozumiał czego ten popularny dręczyciel od niego chce. Przecież Nevan nie był nikim ważnym. 

– Cześć, dzieciaczku – Objął go niby przyjacielsko, jednak szatyn czuł nieprzyjemny uścisk zarówno w żołądku jak i na własnej szyi. – Ponoć przyciągasz słodkie laseczki. Wpadnij na imprezę. I weź jakieś ze sobą. Nie przyjmuję odmowy, jasne? – dodał nerwowo, a Nevan został sparaliżowany.

– J-jasne… – pisnął, kuląc się w przerażeniu. Szkolny łobuz tylko uśmiechnął się pod nosem, potargał jego włosy i odszedł. Myśl o tych wszystkich słodkich dziewczynach, które mógłby poderwać i spędzić z nimi noc, napawała jego myśli przyjemnym smaczkiem.

Nevan otworzył oczy, przyglądając się zaproszeniu, które zostało wciśnięte mu w dłonie. Otworzył je szerzej, widząc logo tak dobrze znanego mu baru. Nie! Nevan nie chciał znów się tam znaleźć! Nie chciał znów spotkać właściciela… już wcześniej miał wrażenie jakby pająk przyglądał mu się w dziwny sposób. Karakan tego nie rozumiał. Nikt nigdy się nim nie interesował, zwłaszcza… mężczyźni. Chociaż nie. Nevan miał kilka niemiłych wspomnień z ich udziałem. Gdy miał czternaście lat i szedł ze swoim bratem do kina, kilku pijanych facetowi gwizdało na jego widok. Młody nie kumał wtedy czego od niego chcą, ale Harry już leciał by pobić obrzydliwych staruchów. Od tej pory pilnował brata na każdym kroku, jednak jakiś czas temu ponownie oddalili się od siebie. A to wszystko wina konfliktu Harry'ego i jego ojca. Już kilka tygodni ciągną za sobą ogromny spór, co odbija się na nerwach całej rodziny. 

– Cześć, Nevan! – Podeszła do niego Carmen, jedna z jego bliższych koleżanek, która jakimś cudem nie chciała dać mu spokoju. – Co tam trzymasz?

Carmen była słodka. W stylu bycia i charakterze. Zazwyczaj ubierała się trochę jak lolitka, w urocze, pudrowe sukienki, kozaczki bądź baleriny i różne, stonowane dodatki. Miała błyszczące, falowane włosy koloru orzechów laskowych i wielkie, błękitne oczy. Choć z pozoru wyglądała na dziewczynę łatwą, bardzo często spławiała natarczywych chłopaków. Czuła się oburzona, że ktoś traktuje ją jak przedmiot bądź trofeum. Dlatego tak bardzo uwielbiała Nevana. Brakowało jej kogoś niewinnego i szczerego wśród znajomych, a on był idealnym tego przykładem.

– Uchhh… Hmmm… Zaproszenie? – westchnął, bo zauważył jak organizator imprezy mu się przygląda. – Z-znaczy. Tak! Zaproszenie! Na imprezę, w takim dość… fajnym, tolerancyjnym barze, uch… pójdziesz tam ze mną? I-i może zaprosisz koleżanki?

– No coś ty? Ty i impreza? Wow, to nowość! – zachichotała wesoło. – Pokaż mi to – Wzięła od niego zaproszenie, przyglądając się treści. Zmarszczyła brwi, tupiąc nerwowo nogą. – Przecież to okropne! Jak możesz iść na przyjęcie do tego chama?! 

Pokręciła głową zdumiona. Nevan! Jej słodziutki, niewinny Nevan i impreza pełna alkoholu, prostytutek i używek! Nie rozumiała tego.

– Ja… Mam powód by tam pójść… – szepnął. Czuł się jak zdrajca. Ale bał się tego osobnika, gdyby nie spełnił jego prośby, mógłby zacząć się na nim mścić.

Schował pudełko ze śniadaniem do plecaka, gdy przerwa powoli dobiegała końca. Carmen przyuważyła, że chłopak jest przygnębiony. I cały dzień wzdychał. To było do niego niepodobne. Czyżby coś się stało? Może znów Harry coś zrobił? A może…

– Poznałeś tam kogoś? – zagadała, zgadując, że może jednak chodzi o miłość. Uwielbiała rozmowy o romansach i zauroczeniach. Zwłaszcza, jeśli to o jej znajomych chodziło.  

Nevan drgnął, gdy zapytała go o to. Nie wiedząc czemu, pomyślał w tej chwili o krzyżaku. Pamiętał jego przebiegły uśmiech, który wprawił go tamtego wieczoru w ogromne zakłopotanie. A teraz znów o nim myśli…

– N-no, t-tak jak-kby… – zająknął się, nerwowo bawiąc się palcami. Nie wierzył, że właśnie się do tego przyznaje. No, ale ktoś musi dać mu alibi, prawda? 

– Trzeba było tak od razu! – zaćwierkała, naburmuszając się, gdy dzwonek postanowił przerwać im rozmowę. – Masz ostatnią lekcję, prawda? Ochhh, ja mam jeszcze dwie! Pogadamy jutro! – Cmoknęła go w policzek, pędząc po schodach na górne piętro. Jej sukienka podwinęła się odrobinę, ukazując fragment koronkowej bielizny, co skomentowało kilku przedstawicieli płci męskiej. 

Oczywiście Carmen wszystko usłyszała i zapragnęła posłać w ich stronę jedną ze swoich błyszczących balerin, jednak szkoda jej było czasu na nich. Nevan skrzywił się zniesmaczony, gdy banda koszykarzy przechodziła obok. Pokręcił głową z dezaprobatą, wstając z ławki. Udał się pod salę od chemii, czując stres z powodu zbliżającej się klasówki. 

Jakaż była jego ulga, gdy dostał kartkę. Umiał! Wiedział jak rozwiązać większość z zadań i był jednym z uczniów, którzy jako pierwsi oddali kartkówki. Nauczyciel był dla nich łaskawy, wypuścił ich wcześniej. Nevan pędził do domu jak szalony, z nadzieją na odrobinę wolnego czasu. Źle się czuł ze świadomością, że w szkole odzywają się do niego tylko dziewczyny. Chciałby mieć choć jednego przyjaciela, kogoś komu mógłby zwierzyć się z własnych, nurtujących go problemów.

Już na schodach słyszał krzyki wydobywające się z kuchni, kolejnej awantury ojca z Harry'm. Szatyn przełknął nerwowo ślinę, wchodząc do domu. Miał ochotę schować się za stary dąb, stojący zaraz za ich ogrodem, który zawsze stanowił dla niego ukrycie, gdy był dzieckiem. Dziupla w środku była na tyle duża, że mieścił się w niej cały. Teraz mógłby już mieć z tym problem, bo jednak dorósł i już nie bawi się z bratem w chowanego.

Ojciec krzyczał na starszego brata, głośno. Matki Nevana nie było w domu, zazwyczaj o tej godzinie wciąż pracowała w biurze. Jednak gdyby była świadkiem kłótni, najpewniej poparłaby swojego małżonka. Harry trzymał w dłoniach spakowaną torbę, wbijając paznokcie w jej materiał. Dawno nie był tak zły. Za to mężczyzna będący głową tej rodziny z wściekłości zrobił się czerwony na twarzy. Wymachiwał rękoma i ledwo powstrzymywał się od uderzenia pierworodnego. Nevan nie wiedział o co im chodzi. Słyszał tylko koniec ich krzyków, coś o hańbie i wydziedziczeniu. Bał się ojca, dlatego skulił się przy drzwiach, nasłuchując jak trusia.

– Mam dość tej zjebanej rodziny! Wynoszę się! – warknął Harry, odwracając się w stronę wyjścia. W przypływie nerwów strącił jedno z rodzinnych zdjęć, które upadło z trzaskiem, a resztki szybki pokryła wielka pajęczyna.

Widząc Nevana pod drzwiami, tak przestraszonego z łzami w oczach, jego wzrok złagodniał. No tak. Jego młodszy brat wciąż musi tu być. W tym domu pełnego fanatyzmu. Boże, jak on sobie poradzi? – Te myśli krążyły po głowie Harry'ego.

– Nie bój się mały – szepnął, delikatnie gładząc jego włosy. Wiedział, że ojciec teraz na nim zacznie wyładowywać swój gniew. I że to teraz ten maluch będzie pełen siniaków oraz cięć. – Wrócę po ciebie. Obiecuję ci.

Odsunął go, wychodząc z domu. Nevan tylko przemknął do siebie, zamykając pokój na klucz. Słyszał na dole zdenerwowane wrzaski ojca i tłuczenie szkła. Mężczyzna znów wpadł w furię. Gdyby teraz zobaczył młodszego syna, pewnie by zaczął go okładać kawałkami rozbitych zdjęć. Dlatego też szatyn cieszył się, nie słysząc kroków w stronę swojego azylu. Mógł się poczuć choć przez chwilę bezpieczny. Sięgnął po śnieżnobiały koc leżący na obrotowym krześle i schował się pod nim na łóżku. Teraz już wiedział, że nie może iść na imprezę. Bo zdecydowanie wolał być nękany w szkole niż bity do nieprzytomności przez własnego tatę. Wyciągnął zaproszenie z plecaka. Podarł je. Nie może się narażać. Nie może.

– Dlaczego mnie zostawiłeś, Harry… – szepnął, a jego głos nienaturalnie drżał.

CZERWONY BAR - 🍷 6 🍷

    Danny otworzył zmęczone oczy, próbując zorientować się, gdzie w aktualnej chwili się znajduje. Gdy odzyskał ostrość widzenia, jęknął z bólu, gdyż poczuł jak bardzo boli go w tej chwili głowa. Chyba przesadził… nigdy się tak nie upił. Och, gdyby go Aiden teraz widział, ależ by się śmiał! 

Przetarł powieki, zatapiając się ponownie w pościeli. Spać! Jednak sen nie miał zamiaru znów przyjść, dlatego też Danny wiercił się na łóżku, dopóki nie natrafił ciałem na coś twardego i ciepłego. Od razu otworzył oczy, podrywając się do góry. Widok dobrze zbudowanych pleców i bordowej czupryny ich właściciela wywołał u niego niewielkie wypieki na policzkach. W jednej chwili przypomniał sobie całą noc, przez co było mu wstyd. Tak bardzo wstyd! 

Mike przeciągnął się sennie, odwracając twarzą do Daniela. Otworzył oczy, czując się o wiele bardziej rewelacyjnie niż właściciel mieszkania. Widząc nieśmiały rumieniec na twarzy błękitnoskrzydłego, uśmiechnął się do niego słodko.

– Dzień dobry – powiedział z troską, podnosząc się do pozycji siedzącej. Nagość nie przeszkadzała mu ani trochę, jednak Danny miał na ten temat odrobinę odmienne zdanie. – Jak się czujesz? 

– J-ja…

Dan złapał się za szyję, czując pieczenie w przełyku. Próbował odkaszlnąć, jednak spotęgowało to tylko narastający ból. Mike wyglądał przez chwilę na zdziwionego, jednak szybko zrozumiał powód chrypki swojego kochanka.

– Biedactwo… – Złapał jeden z kosmyków jego włosów, zakładając mu go za ucho. – Zdarłeś sobie gardło. Nie dziwię się. Byłeś troszkę… głośny. Cóż, jeśli nie masz nic przeciwko, zrobię ci herbaty z miodem, dobrze? O ile go masz.

Daniel kiwnął głową, spuszczając wzrok, bo był zbyt zażenowany by spojrzeć mu w oczy. Próbował ułożyć się wygodniej, lecz dyskomfort, który zaczął odczuwać w okolicach bioder, skutecznie mu to uniemożliwiał. Gdy ubrany już Mike wyszedł z jego sypialni, niebieskiemu motylowi wyrwał się cichy jęk. Dotarło do niego, jak bardzo jest mu w tej chwili wstyd. Szukanie znajomości na jedną noc chyba nie jest dobrym pomysłem… zwłaszcza, że tak bardzo nie chciał, by obcy krzątali mu się po mieszkaniu. Jednak obecność żałobnika nie przeszkadzała mu ani trochę. Chłopak był bardzo miły i czuły… a nawet go nie obraził! Dlatego Dan czuł się z tym tak bardzo źle. Nieznajomy dał mu więcej miłości w jedną noc, niż jego były partner przez kilkuletni związek. To bardzo go zabolało.

Powoli wstał, odrzucając kołdrę od własnego, rozgrzanego ciała. Poczuł nagły chłód, przez co automatycznie okrył drżące ramiona dłońmi. Przeszukał szafę w poszukiwaniu luźnych, szarych dresów i bluzy do kompletu. Dziś siedział w domu więc nie zamierzał w cokolwiek się stroić. Rozpuścił rozwalony warkocz i związał włosy w niesfornego koka. Skrzywił się, czując ostry ból w skroniach. Po raz kolejny przysiągł sobie, że nigdy więcej nie doprowadzi siebie do tak okropnego stanu.

Udał się do kuchni, gdzie zdezorientowany Mike poszukiwał miodu, by dodać go do herbaty. Było mu głupio szukać wszystkiego po szafkach i nie chciał wyjść na wścibskiego. Dan widząc tę słodką nieporadność uśmiechnął się pod nosem. Sięgnął po składnik i podał go żałobnikowi, który zatrzepotał skrzydłami w podzięce. Chwilę później położył na stół dwie szklanki z parującą herbatą, a Danny niewiele myśląc popił nią lekarstwa. Syknął, gdy poparzył sobie język, a Mike zaśmiał się rozbawiony.

– Powoli.

Czerwończyk spojrzał na niego spod byka. Mike przyglądał mu się wesoły, siadając naprzeciwko. Przez chwilę delektowali się przyjemną ciszą, która nie była ani odrobinę niezręczna. Łaknęli swojego towarzysza w dość miłej i pogodnej atmosferze. Jednak, gdy tylko Mike się odezwał, całe napięcie powróciło.

– Dan – zaczął. Odczekał chwilę, dopóki drugi motyl na niego nie spojrzał, po czym kontynuował. – Mówiłem ci już. Nie szukam znajomości na jedną noc.

Daniel spiął się, zaciskając dłonie na ciepłym kubku. Powoli odczuwał zbliżającą się wściekłość na siebie samego. Tak, Mike ostrzegał go. A teraz pewnie oczekuje czegoś więcej, chociaż Dan już obiecał sobie, że rezygnuje ze stałych związków.

– Muszę już iść – Podszedł do zamyślonego motyla, łapiąc za jego podbródek, by ten na niego spojrzał. – Ale chętnie poznam cię bliżej. Słodki jesteś. Jakbyś miał ochotę na kawę albo nektar, oczywiście tym razem bez alkoholu – dodał ze śmiechem – to zadzwoń. 

Wyciągnął ze swojej niewielkiej torby, którą tamtego wieczoru rzucił w kąt, czarny marker. Chwycił za nadgarstek chłopaka i podwijając rękaw jego bluzy, zapisał mu numer telefonu na ręce. Pociągnął jeszcze za jego dłoń, by złączyć na moment ich usta razem w delikatnym pocałunku. Zdezorientowany Dan patrzył tylko, jak nieznajomy (choć w tej chwili już bardziej znajomy), opuszcza jego mieszkanie.

Zerknął na czarne cyfry, dotknął ust palcami, po czym gwałtownie się zarumienił. Och, Boże! – pomyślał. Chyba właśnie się zauroczył. Mike był tak bardzo czarujący… gdyby Danny poznał go odrobinę wcześniej, może odpuściłby sobie jakiekolwiek znajomości z Anthonym. Właśnie… Tony. Dan czuł, że jednak robi coś niewłaściwego. W głębi świadomości gnębił się negatywnymi myślami, głównie o tym jak bardzo nie zasługuje na nową miłość. Wręcz odczuwał jakby zdradzał Tony'ego, choć tamten nie miał wyrzutów, kiedy sam to robił. Błękitnoskrzydły miał mętlik w głowie. Mike mu się podobał… ale co jeśli tylko udawał? Tak jak Anthony na początku ich znajomości? A tak naprawdę jest zimnym dupkiem bez uczuć?…

Westchnął głośno, upijając kolejny łyk herbaty. Jeszcze przed chwilą znów mógł poczuć czyjąś przyjemną obecność… Lecz teraz został całkiem sam. W domu ponownie zapanowała nieprzyjemna cisza, której Danny tak bardzo nienawidzi. Przypominała mu ona czasy dzieciństwa. Pozornie w sierocińcu zawsze było głośno. Bo młodsze dzieciaki hałasowały i biegały po korytarzach, ganiając siebie nawzajem bądź bawiąc się w chowanego. Jednak gdy tylko zapadała noc wszystko cichło, a jedynym źródłem dźwięku był tykający zegar na korytarzu. Danny za dziecka bardzo bał się ciemności, a pech chciał, że przez pewien okres miał pokój sam. Dopiero później dołączył do niego pająk. Podczas samotnych nocy wyobrażał sobie niestworzone obrazy, chowając się pod kołdrę przy najcichszym, podejrzanym dźwięku. Teraz jest mu z tego powodu wstyd, a krzyżak na każdym kroku złośliwie mu to wypomina. Taka jest cena przyjaźni. 

Motyl wrócił do sypialni, by napisać do Aidena, że dziś nie zjawi się w pracy. W międzyczasie ogarnął trochę pościel, która wymagała teraz prania i położył się w nową, świeżo wypraną, która pachniała kwiatami. Nawet nie zorientował się, gdy zasnął, myśląc o przesłodkim zapachu ciała Mike'a, otulającym go wcześniejszej nocy.

Obudził się dopiero wieczorem, czując nieprzyjemne ssanie w żołądku. Ból głowy prawie całkiem przeszedł, jednak zaspany Dan zupełnie zapomniał o porannym kacu. Przeciągnął się leniwie i podrapał po karku, po czym poszedł poszukać w lodówce czegoś zjadliwego. Padło na deser z owoców, który kupił by zjeść sobie na przerwie w pracy. Zajadając przysmak jego myśli ponownie powędrowały w stronę żałobnika. Dlaczego ma odmawiać sobie tak dobrej znajomości, tylko przez Tony'ego? Właśnie! Ma prawo znów się zakochać! A tamten dupek nie będzie go ograniczał!

Dan zebrał w sobie resztki odwagi i zadzwonił do chłopaka. Włączył tryb głośnomówiący i wziął się za zmywanie naczyń. Ostatnio nie miał na to czasu, a w zlewie zaczęła tworzyć się piramida. No, a przecież Danny tak bardzo nienawidzi nieporządku!

– Hhhm… halo? – odezwał się zaspany głos brązowookiego. Daniel przyłożył dłoń do ust, by nie zachichotać, przy okazji brudząc się pianą. 

– Cześć, to ja – przywitał się. – Przepraszam… Obudziłem cię? Wiesz, mam ci coś ważnego do powiedzenia.

– Dan! Oj, troszkę mi się przysnęło. Ale to nic, nie przejmuj się. Wal śmiało!

Daniel zakręcił lejąca się wodę, wycierając dłonie w czerwoną szmatkę. Zaczął wycierać jedną ze szklanek, wypuszczając głośno powietrze z ust. Niewinny uśmiech wkradł się na jego twarz, gdy podejmował, według niego, tym razem jedną z lepszych decyzji w życiu. 

– Chętnie umówię się z tobą na kawę.

CZERWONY BAR - 🍷 5 🍷

    Nevan pędził przerażony, przytrzymując swojego całkowicie pijanego brata, jednocześnie starał się nie upaść na ziemię. W głowie powtarzał sobie w kółko, jak wielkie będzie miał problemy. Oczami wyobraźni widział już, jak jego ojciec stoi w drzwiach, tak bardzo czerwony na twarzy, że o mało co nie wybucha. Chłopak wzdrygnął się, drżąc ze strachu. Nigdy więcej się na to nie zgodzi! 

Było już dawno po trzeciej, co za tym idzie, rodzice zdążyli wrócić do domu. Jego brat niezbyt się tym przejmował, spędził przyjemny czas z kumplami, a nawet udało mu się wyciągnąć numer od całkiem atrakcyjnej rusałki! Niestety Nevan widział to zupełnie inaczej. Jego rodzice – osoby fanatycznie religijne i rasistowskie, nie zdzierżyliby, gdyby przyprowadził kogoś innego gatunku. Już nie mówiąc o zabawianiu się przed ślubem! Surowy ojciec Nevana z pewnością nie tolerowałby takiego zachowania. Dlatego chłopak tak bardzo się bał. I nie lubił spoufalać się z kimś innym… zwłaszcza niebezpiecznym. 

Otworzył drzwi najciszej jak tylko potrafił, po czym udał się po ciemku wprost do sypialni swojego brata. Położył go na łóżku, starannie przykrywając, tak by nie było mu zimno. Mimo wszystko troszczył się o starszego. Choć czasem ten był w stosunku do niego niemiły, potrafił stanąć w jego obronie.

Gdy uporał się z problemem, liczył na szybki zwrot do własnego pokoju. Jednak próbując wejść do środka poczuł opór, a jego ciało oblały zimne poty. Światła w przedpokoju zapaliły się, a Nevan stanął twarzą w twarz prosto ze swoim ojcem. Wściekłym ojcem. Był cały czerwony na twarzy, a ogromne dłonie zaciskał w pięści. Jego matka stała z tyłu, przypatrując się tylko synowi z dezaprobatą. Na głowie miała wałki – które na następny dzień miały stworzyć z jej włosów idealne loki – a ciało zakrywała różowym szlafrokiem. W nocy w tym domu zawsze bywało bardzo zimno. Jedynie latem można było spać bez obaw, że się zamarznie. Mimo to ojciec Nevana potrafił stać w tej chwili na korytarzu, odziany jedynie w samą bieliznę i zwykłą, białą podkoszulkę.

– Gdzieś ty był?! – ryknął oburzony, uderzając pięścią w ścianę. Nie miał zamiaru tolerować braku posłuszeństwa własnego syna. 

Nevan uporczywie wpatrywał się w podłogę, nie odważając się nawet na nich spojrzeć. Spiął się jak struna, nie mógł nawet w spokoju przełknąć śliny. Jego ojciec zawsze wzbudzał w nim lęk. Od kiedy był dzieckiem. Dlatego chłopak się nie odezwał. Natomiast odezwała się jego matka.

– Och… mam nadzieję, że nigdy nie będziesz jak Harry, Nevan… Idź teraz odmów różaniec, a Pan wybaczy ci wszystkie grzechy… – szepnęła wystraszona, ponaglając go ręką.

Nevan naburmuszył się, choć nie dał tego po sobie poznać. Szybko udał się na górne piętro, jednak wcale nie zamierzał odmawiać durnych modlitw. Religia rodziców go nie obchodziła, nie przywiązywał do niej większej wagi. Szanował chrześcijan i katolików, ale nie chciał by na siłę wpajali mu swoje wartości. By dodać sobie sił, powtarzał tylko, że jeszcze rok i będzie miał z głowy te cierpienia. Wszędzie wiszące krzyże wprawiały go w nieprzyjemne uczucie, dlatego cieszył się z tego, że w pokoju nie ma ani jednego. Jego dziewiętnastoletni brat dorobił mu pół roku temu zamek do drzwi, przez co dziękował mu w tej chwili z całego serca w duchu. Zamknął się na klucz i włączył na chwilę górne światło, by móc się przebrać. W jego zwyczajnym, nastoletnim pokoju panował teraz porządek.

Ściany o kolorze mlecznej czekolady, gdzieniegdzie trochę porysowane, komponowały się z jasno brązowymi panelami. W rogu stał regał z książkami, a obok niego niewielkie biurko na którym leżała otwarta książka od chemii, trochę sezamowych ciasteczek na talerzu i niedopita kawa. Oprócz tego stało na nim kilka pamiątkowych figurek, które chłopak zakupił na szkolnych wycieczkach, dwa rodzinne zdjęcia z wakacji, oprawione w dębowe ramki oraz kubek z kredkami, długopisami i ołówkami. Łóżko Nevana również miało drewnianą obudowę, a granatowa pościel leżała na nim idealne zaścielona.

Chłopak westchnął głośno. Klasówka z chemii. Zupełnie o niej zapomniał, a to wszystko wina Harry'ego! Zmusił go do wyjścia, tylko po to, by samemu uniknąć problemów. Gdyby zostawił Nevana w domu, to właśnie mu by się oberwało i prawdopodobnie nie wróciłby sam do domu. A tak to nie dość, że młodszy brat odprowadził go bezpiecznie, to przyjął na siebie gniew ojca. 

– Dziś już sobie nie powtórzę… – Szatyn pokręcił z rezygnacją głową. 

Odgarnął denerwujące włosy z czoła, odkrywając oko, którego tak się wstydzi. Zupełnie różni się od tego piwnego. Jest jasne i błękitne, prawie tak jak bezchmurne, letnie niebo. Choć często słyszy komplementy, dotyczące jego wyglądu, on sam bardzo się tego wstydzi. Jest chudy, słaby i w dodatku wygląda jak dziewczyna!  Przez to w podstawówce był wyśmiewany, a trauma utrzymała się aż do tej chwili. Jego koleżanki ze szkoły często mówią mu, by nie przejmował się takimi rzeczami. Ale Nevan to Nevan. Każde wyzwisko, nawet najmniejsze, skierowane w jego stronę rani jego niewinne serduszko. I Nevan bardzo tego nie cierpi. 

Mruknął do siebie pod nosem i usiadł na miękkim materacu. Włożył ręce do kieszeni, a natrafiając na coś sztywnego odrobinę się zdziwił. Zupełnie o tym zapomniał! Natychmiast wyciągnął z niej białą wizytówkę jedynie z wizerunkiem pająka. Wzdrygnął się odrobinę. Odwrócił ją na drugą stronę, a jego twarz przybrała odcień delikatnego różu. Z tyłu był zapisany numer właściciela baru z podpisem „Zadzwoń ♡”. Nevan schował twarz w dłoniach, rumieniąc się intensywniej. To było dla niego zbyt dużo, jak na jedną noc znajomości! A pająk nie dość, że dziwnie mu się przyglądał, to wcisnął mu do kieszeni kawałek papieru z jego prywatnym numerem! Co miał zrobić w tej sytuacji ten biedny, przestraszony karakan? 

– Więcej tam nie przyjdę – szepnął do siebie, wsuwając wizytówkę pod łóżko. Pomimo strachu, nie miał serca jej wyrzucać.

Wyciągnął spod poduszki swoją piżamę i przebrał się jak najszybciej, bo wizja jeszcze bardziej zdenerwowanego ojca wcale nie widziała mu się dobrze. A zdecydowanie już zbyt długo trzymał zapalone światło u siebie w pokoju. Szybko sięgnął dłonią, by zapalić ledową lampkę nocną i wstał, zgaszając światło. Wrzucił jeszcze podręcznik od chemii do plecaka, licząc na to, że może w szkole uda mu się jeszcze choć pięć minut pouczyć. Szybko wślizgnął się pod kołdrę, a kiedy układał się do snu, dziękował jeszcze przez chwilę dyrektorowi, że ułożył plan tak, by miał na godzinę późniejszą.

CZERWONY BAR - 🍷 4 🍷

    Danny dopijał właśnie piątego drinka, w towarzystwie dwóch rozbawionych motyli. Bliźniaków, udokładniając. Obydwaj byli wysocy, mieli takie same rozczochrane, niebieskie włosy i ciemne, brązowe oczy. Udawali, że towarzyszą podpitemu kumplowi, jednak tak naprawdę pilnowali go, by nie wywinął orła, udając się roześmiany w stronę parkietu. Westchnęli równocześnie, gdy Dan potknął się o czyjąś nogę i wylądował prosto w ramiona kogoś z obsługi, tym samym wywalając mu z tacy wszystkie rodzaje alkoholi. Pomruki rozbawienia rozeszły się po sali, bliźniacy natomiast jednoznacznie dali do zrozumienia, że wcale go nie znają.

Daniel zamiast przeprosić, postanowił poprzymilać się trochę do przystojnego pracownika. Oplótł go nogami i rękoma, uśmiechając się w jego stronę słodko. Zdegustowany chłopak odsunął od siebie roześmianego motyla, za ubrania ciągnąc go do jednego ze stolików. Posadził go na ławce, mrucząc przekleństwa pod nosem. Danny szybko się znudził. Wystukiwał palcami rytm w drewnianym stole. Skoro przestali otaczać go przyjaciele i adoratorzy, ponownie poczuł się samotny. Jego myśli znów powróciły do Anthony'ego, a w jego oczach zalśniły iskierki nieszczęścia. Przyszedł tu by znaleźć sobie kochanka, jednak do tej pory nikt nie zwrócił na niego większej uwagi, choć z początku myślał, że właśnie tak się stanie. Zawiedziony motyl skulił się na siedzeniu, przyglądając się innym niebieskoskrzydłym, tańczącym aktualnie na parkiecie. Większość z nich stała zbyt blisko siebie, kusząco ocierając się o własne ciała, co jednoznacznie równało się z ich propozycjami. Odrobinę zniesmaczony Daniel przeniósł wzrok na osoby siedzące po przeciwnej stronie lokalu. Większość z nich śmiała się tak głośno, że było ich słychać w całym pomieszczeniu, ale znalazły się również takie, które tylko cicho wzdychały do siebie. Zatrzymał się na samotnie siedzącym chłopaku, a jego oczy rozszerzyły się ze zdziwienia. Rusałka żałobnik! Co tu robi inny gatunek?

Chłopak wyczuł na sobie wzrok Danny'ego, bo sam spojrzał mu prosto w oczy. Miał niesfornie ułożone, bordowe włosy z jednym, jasnym blond pasemkiem i ciepłe brązowe spojrzenie. Uśmiechnął się przyjaźnie, wstając z własnego miejsca i pokierował się do stolika Daniela. Speszony błękitnoskrzydły spuścił głowę, czując nieprzyjemne wypieki na twarzy. Wpatrywał się w obcego tak intensywnie, że zrobiło mu się wstyd. Spojrzał na niego spod byka, lustrując całe ciało rusałki. Ubrany był w zwykłą koszulę w kratę oraz czarne, opinające dżinsy. Niby nic, jednak chłopak dobrał kolory do własnych skrzydeł, przez co wyglądał niezwykle elegancko. Miał delikatne rysy twarzy, bardzo łagodne i przyjazne, jednak jednocześnie był przystojny. Wpadał w gust Daniela, choć na trzeźwo barman pewnie by tego przed sobą nie przyznał. Chłopak bardzo różnił się od Tony'ego, nawet wrażenie robił o wiele lepsze. Może dlatego go tu wpuścili? 

Żałobnik dosiadł się do zawstydzonego błękitnoskrzydłego, wciąż uśmiechając się bardzo łagodnie. Zauważył zakłopotanie Daniela, co wprawiło go w nutkę rozbawienia.

– Jestem Mike – Przedstawił się, wyciągając w jego stronę dłoń.

Daniel wzdrygnął się na dźwięk głosu chłopaka. Uparcie wpatrywał się w swoje ręce, jednak po chwili przełamał się i również wyciągnął dłoń.

– D-Dan – westchnął, kiedy poczuł jak w głowie ponownie mu zawirowało. Niepotrzebnie pił tyle alkoholu. A gdy jego znajomi zaczęli mu już odradzać, zamówił sobie jeszcze kilka drinków.

Odwzajemnił uścisk, choć ręka drżała mu w przypływie nagłego stresu. Dlatego też stwierdził, że wleje w siebie jeszcze więcej trunków. Niestety wstając gwałtownie z siedzenia, zachwiał się i prawie wylądował na tyłku, jednak Mike złapał go w ostatniej chwili. Żałobnik pokręcił głową z dezaprobatą, wciąż nie puszczając drugiego motyla.

– Tobie chyba na dziś wystarczy, co? Odprowadzę cię, dobrze? – Zmartwiony, złapał go stabilniej.

Chłopak tylko zamotał się w odpowiedzi, co brązowooki uznał za potwierdzenie. Niestety, nie zdążył wyjść z nim na zewnątrz, gdy Danny zaniósł się porządnym płaczem. Zdezorientowany Mike nie zrozumiał przyczyny tego zachowania, dopóki Dan nie zaczął streszczać mu całego swojego nieudanego związku, czego oczywiście nigdy nie zrobiłby, gdyby nie był pijany. Podał mu również swój adres i zaczął opowiadać jak bardzo pragnie pozbyć się wspólnych zdjęć z jego byłym z tego mieszkania. Żałobnik przysłuchiwał się temu wszystkiemu w milczeniu, od czasu do czasu gładząc Daniela po plecach. 

Kiedy Michael znalazł się już przy drzwiach wejściowych, musiał sam przeszukać Danny'ego w poszukiwaniu kluczy, gdyż ten przysnął odrobinę, co wprawiało drugiego motyla w niewielkie zażenowanie. Pijane osoby zawsze były dla niego problematyczne, właściwie to pierwszy raz, gdy z własnej woli postanowił pomóc dojść komuś do domu. W zwykłych okolicznościach wpakowałby go w taksówkę i tyle by się widzieli, jednak kiedy Danny zaczął opowiadać o swojej sytuacji miłosnej, wzbudził w nim żal. A to tylko przez to, że Mike przeżywał kiedyś identyczną sytuację. Dlatego nie lubił pocieszać innych, zwłaszcza nieznajomych. Bo gdy on sam potrzebował pocieszenia, to mógł liczyć jedynie na szyderstwa i wyzwiska. Że był zbyt ufny. Że tak wyglądają związki homoseksualne, a on niepotrzebnie się przywiązywał. Właśnie to wmawiali mu jego znajomi. Ale czy to naprawdę aż takie złe, że chciał mieć stabilny i trwały związek? 

Danny był teraz jak on, jeszcze niecały rok temu. I tak samo jak on nie miał teraz wsparcia. Sądząc po tym, że wypił aż tyle, przeżył to rozstanie bardziej niż początkowo sugerował jego wygląd. Mike obserwował go od kiedy chłopak przekroczył próg baru. Wyglądał na bardzo pewnego siebie i uśmiechał się śmiało. Jednak wyszło na to, że była to tylko maska, którą przybrał, by wyjść do innych. Szukał pomocy, a został z tym całkiem sam. 

Żałobnik zadrżał, gdy chłopak przebudził się w jego ramionach. Przetarł zmęczone oczy, by zorientować się, gdzie aktualnie się znajduje. Gdy przyuważył drugiego motyla, odepchnął go od siebie zdziwiony, siadając tyłkiem na łóżku. Brązowooki zdążył przenieść go do sypialni, z zamiarem położenia Daniela spać. Jednak nie spodziewał się, że tak szybko chłopakowi włączy się myślenie.

– Jak się czujesz? – zapytał, kucając przed zdezorientowanym niebieskoskrzydłym.

Zmartwiony ton Mike'a sprawił, że Danny znów poczuł łzy zbierające mu się pod powiekami. Nieznajomy pytał go o samopoczucie. Anthony nigdy tego nie zrobił. On zawsze myślał tylko o sobie. Gdy był chory, Daniel skakał wokół niego, podawał lekarstwa, poprawiał poduszkę, nawet gotował, choć jego umiejętności kulinarne są koszmarne. Tony natomiast nigdy nawet nie zaproponował mu szklanki wody, kiedy to Daniel męczył się z okropną gorączka. Dlatego tak bardzo go to zabolało. Jak mógł być tak ślepy?

– Źle – odpowiedział szczerze, a kilka błyszczących łez spłynęło mu po policzkach. – Serce… tak bardzo mnie boli…

– Hej, hej. – Zakłopotany Mike pogładził go pocieszająco po kolanie. – Taki idiota jak on nie zasługuje, by ktoś tak słodki jak ty wylewał sobie po nim łzy. Zapomnij o tamtym frajerze. Jeszcze znajdziesz kogoś wyjątkowego.

Danny intensywnie się zarumienił, zasłaniając buzię dłońmi. On? Słodki? To jeden z największych komplementów jakie może dostać motyl, ponieważ każdy z nich najbardziej uwielbia słodycze. A chłopak właśnie został nim obdarowany. Choć nigdy nie lubił być porównywany do kobiet i nie przepadał za wyrażeniami skierowanymi głównie do nich, tym razem wolał to przemilczeć, tylko dlatego, że uczucie ciepła połaskotało jego serce. 

Poczuł się dziwnie. Nawet bardzo dziwnie i gdyby nie alkohol pomyślałby, że właśnie zwariował. Ponieważ Danny poczuł się kochany. Po raz pierwszy w swoim życiu poczuł, że może jednak Mike ma rację i ma jeszcze szansę szczęśliwie się zakochać… Niestety ta myśl zniknęła równie szybko jak się pojawiła. Dan nie szuka już miłości. Chce jednorazowych przygód. 

– …Przyszedłeś ze mną do domu, a teraz jesteś w mojej sypialni. Już nie pozwolę ci stąd wyjść. Wiesz do czego zmierzam, prawda? – szepnął mu do ucha, delikatnie głaszcząc jego policzek.

Żałobnik westchnął cicho, kiedy poczuł gorący oddech chłopaka na swoim karku. Danny był baaardzo w jego typie. A teraz jeszcze kusił go, dając jednoznaczną propozycję. Niestety, mimo narastającej w środku ochoty, musiał odmówić. Daniel nie myślał teraz na trzeźwo. Mike natomiast nie chciał wyjść na osobę, która się z kimś prześpi, a rano nie będzie po niej śladu. Co by to o nim świadczyło? Wcale nie chciał być jak jego były.

– Wybacz, nie interesują mnie już krótkie znajomości. Z doświadczenia wiem, że nie warto – Obdarował go miłym uśmiechem, podnosząc się na równe nogi. 

Zdziwiony Dan obserwował przez chwilę jak jego wybawca kieruje się w stronę wyjścia z sypialni. Wstał gwałtownie, a w głowie znów mu się zakręciło, dokładnie tak samo jak w barze. Jednak zdążył dobiec do Mike'a, który spojrzał na niego z niezrozumieniem, gdy niebieskoskrzydły wtulił się w jego pierś.

– Proszę, ja… potrzebuję czułość… jakiejkolwiek, od kogokolwiek… Proszę… – wychlipał. – Chcę chociaż raz poczuć się, jakby ktoś naprawdę mnie kochał…

Michael zacisnął usta, odwracając wzrok od tych smutnych, szczenięcych oczu. Przez chwilę rozważał wszystkie za i przeciw, czując jak rozsądek zaczyna przeważać nad pożądaniem. A potem cicho westchnął i łapiąc Daniela za biodra, pchnął go prosto na łóżko. 

Rozsądek przegrał.

CZERWONY BAR - 🍷 3 🍷

    Daniel przekręcił klucz w ciemnych, drewnianych drzwiach, aby dostać się do własnego mieszkania. Było już grubo po drugiej, jednak wiedział on, że jego ex wciąż nie śpi. Czeka na jego powrót. Drżącymi dłońmi nacisnął na klamkę, wchodząc do środka. 

Skromne mieszkanko było przystosowane do życia maksymalnie dla trzech osób, a choć było małe, to całkiem przytulne. Ściany były pomalowane na delikatne odcienie beżu, a podłogę okalała wykładzina koloru dojrzałej cytryny. Wszędzie wisiały wspólne zdjęcia tej dwójki, oprawione w drewniane ramki. Na obrazkach obejmowali się bądź kradli sobie pocałunki, na tle zwiedzonych przez nich miejsc w przeciągu tych kilku lat. Kilku lat kłamstw. Bo Daniel udawał że niczego nie zauważył. Że nie zorientował się, jak jego ukochany wraca później do domu. Że nie widział już dawno utraconej iskierki zadziorności w jego oczach. Że nie czuł zapachu damskich perfum. Ani że nie przyuważył tych kilku malinek czy śladów szminki na jego szyi. 

Udawał, że wszystko jest tak jak dawniej. Ale w końcu motyl przelał czarę goryczy. Daniel dowiedział się już o tym, że jego partner będzie miał dziecko ze swoją kochanką, dlatego nie zamierzał ciągnąć tego dłużej. To już nie miało sensu. Choć wciąż bardzo go kochał, to nie mógł pozwolić by traktował go jak odskocznię od rzeczywistości. 

– Danny… – Łagodny, a zarazem zmęczony głos niebieskookiego zacisnął pętle na jego żołądku. Tak dawno nie zwracał się do niego tym tonem… – Tak się martwiłem… Dlaczego mi nie powiedziałeś, że kończysz dziś później?

– Spakowałeś się już? – Nie dał się mu omamić. Dobrze wiedział, że wcale się nie martwił, tylko siedział przez ten czas z nią i wybierał parę małych, dziecięcych bucików. – Czy mam to zrobić za ciebie? 

– Danny…

– Odpieprz się. Nie chcę cię w moim mieszkaniu. Wynoś się do niej, z tego co wiem dysponuje większą sumą niż ja – Wyciągnął z szafy torbę podróżną i rzucił mu pod nogi. – Co ty sobie wyobrażasz, Tony? Że będziesz grał na dwa fronty, a ja się nie zorientuję? Mówiłeś, że to mnie kochasz, a tak naprawdę cały czas oglądałeś się za kobietami. Po co mi to robiłeś? Nie mogłeś po prostu powiedzieć „nie”, zamiast się ze mną wiązać? Oszczędziłbyś mi tylu lat problemów.

– Kocham cię, Danny. Bardzo cię kocham. – Anthony podszedł do niego, czule obejmując Daniela w pasie. Nie chciał go puszczać. To tutaj miał swój dom. Nie musiał pracować, a chłopak robił wszystko za niego. Dosłownie jadł mu z ręki. Kto by to wszystko porzucił dla kochanki? – Proszę, uwierz mi…

Błękitnowłosy wybuchnął żałosnym śmiechem, wyrywając się z objęć tego oszusta. Dobrze wiedział, w co on teraz pogrywa. Już nie nabiera się na tę sztuczkę.

– Spławiła cię? W końcu zrozumiała jaki jesteś? Krętacz, kłamca. Już ci się ze mną nie uda. Nie będziesz tu mieszkał, wynoś się stąd pasożycie.

Anthony zacisnął dłoń w pięść. Nie mógł znieść tego aktu zniewagi. Zanim zdążył się zorientować co robi, strzelił Danielowi w twarz z otwartej dłoni. Zamachnął się na tyle, by drobniejszy chłopak zachwiał się, potykając o zostawioną na podłodze torbę. Danny dotknął dłonią własnego policzka, zaciskając mocniej drżące usta, gdy poczuł intensywne pieczenie. Przez chwilę czuł się jak śmieć. Tony jeszcze nigdy go nie uderzył. Jak śmiał wmawiać mu tyle lat, że go kocha? 

– O Boże, Dan! Przepraszam! – Wystraszony, przykucnął przy nim od razu, łapiąc dłoń delikatniejszego, by pomóc mu wstać. Motyl jednak odtrącił jego dłoń, samodzielnie podnosząc się z podłogi. – Ja nie chciałem!

Dan zignorował go. Skoro nie chciał wynieść się po dobroci, to sam go spakuje. Choć w tle słyszał błagania drugiego motyla, by przestał, by dał mu ostatnią szansę, to skończył go słuchać już przy pierwszym słowie. Po prostu spakował go i wcisnął mu torbę do rąk, mierząc najbardziej pogardliwym spojrzeniem, na jakie go było stać. Bał się, że jednak wymięknie i rzuci mu się wprost w ramiona, znów wszystko wybaczając. Dlatego odwrócił wzrok.

Gdy Tony dostał swoje spakowane rzeczy do rąk, przestał grać. Już nie błagał, nie prosił i nie wyznawał mu miłości. Spoważniał. Na jego twarzy pojawił się mały grymas złości, który przerodził się we wściekłość. Szarpnął za koszulę Daniela, przyciągając go do siebie. Był on niższy od Anthony'ego, dlatego musiał poderwać głowę do góry by spojrzeć mu w oczy. Z całej siły starał się nie okazać jak w tej chwili jego były go przeraża. Bo to nie był pierwszy raz, gdy ukazywał wybuch swej złości. 

– Każdy motyl skacze z kwiatka na kwiatek. Ty też wcale nie jesteś święty, Danny – rzucił z pogardą, puszczając kołnierz niebieskowłosego. 

Daniel poczuł ból w klatce piersiowej. Nigdy nawet nie pomyślał o tym, by go zdradzić. Zawsze starał się udowodnić mu, że jest dla niego najlepszy. Robił wszystko byleby go nie stracić, czasem nawet kosztem własnego humoru i zdrowia. Był idealny.

Może zbyt idealny.

Zorientował się, że Tony przestał traktować go jak partnera, a zaczął jak służącego, zabawkę. Coraz rzadziej go przytulał, nie łapał jego dłoni w swoje, tak jak miał w zwyczaju jeszcze dwa lata temu. Nie splatał jego palców z własnymi, by chwilę później szeptać mu słodkie słowa. Nie miał nawet ochoty go całować, a podczas stosunku (o ile do takiego dochodziło), twarz Daniela była wgniatana w poduszkę z taką siłą, że nie mógł złapać tchu. Tony w tych sprawach zazwyczaj był bardzo brutalny wobec niego, nawet na początku ich znajomości. Nigdy nie pozwalał mu wydać z siebie odgłosu. Kiedy Danny'emu wyrwał się niechciany jęk, Tony zawsze szarpał go wtedy za włosy, przyciskając go do poduszki jeszcze bardziej boleśnie.

Dlaczego niebieskowłosy dopiero to zauważył? On go nigdy nie kochał. Nigdy nawet nie sprawił by czuł miłość, której tak bardzo potrzebował. Której tak bardzo pragnął. Wychowując się w sierocińcu, nigdy nie poczuł się specjalnie potrzebny, był tylko jednym z wielu porzuconych dzieciaków. Dlatego przez cały okres nauki, chłopak starał się mieć jak najlepsze oceny, by skończyć szkołę z dobrymi wynikami. Udało mu się dostać na wymarzoną uczelnię, gdzie poznał, jak wcześniej mu się zdawało, miłość swojego życia. To właśnie Anthony namówił go do rzucenia studiów. Chciał podróżować po świecie. A zaślepiony Daniel zgodził się. Porzucił swoje marzenia, by zostać przy jego boku. Może i tylko z pomocą szczęścia wylądował jako pracownik baru u swojego przyjaciela. Tak, obydwaj obiecali sobie, że gdy tylko skończą osiemnaście lat, ułożą sobie życia. Aiden od zawsze mu imponował, swoim sposobem bycia. Każdy problem obracał w żart, był silny i zabawny. Niestety tylko pozornie. Pająk był gnębiony przez starszych ze względu na swoją orientację. To nie tak, że wyznał to całemu bidulowi. Łagodnie ujmując, było z niego niezłe ziółko. Wciąż jest. Ale wtedy przesadzał. Często spędzał noce u swoich jednodniowych kochanków. Nie czuł się z tym źle, związki go nudziły. Niestety, noga mu się podwinęła i w końcu został na tym przyłapany. Przez największy problem sierocińca. Chrabąszcza. Ten nastolatek pałał czystą nienawiścią do inności. Był napakowany, łysy i bardzo agresywny. Ale owinął sobie wszystkie opiekunki wokół palca. Dlatego przymykały oko na jego wybryki. Wprawdzie Danny nie opuścił przyjaciela, jednak sam bał się zrobić swój własny coming out. Tylko Aiden wiedział. Ale on nigdy by się nie wygadał.

Opuszczając sierociniec ich drogi na chwilę się rozeszły. Jednak obiecali sobie, że wrócą. Że gdy tylko odnajdą szczęście, ponownie się spotkają. Fakt, spotkali się. A pająk był już wtedy ustatkowany na całe życie. Danny nigdy nie pytał, skąd Aiden dorobił się takiej fortuny. Wolał nie wiedzieć. No tak. Pająk wrócił szczęśliwy. Jednak motyl nie do końca. A jego toksyczny związek trwał aż do teraz.

– Wynoś się – warknął, na stojącego już w drzwiach Tony'ego. – I nie waż się tu więcej pokazywać.

– Jeszcze będziesz mnie błagał, bym do ciebie wrócił – powiedział na odchodne, a Dan pozdrowił go środkowym palcem i zatrzasnął mu drzwi przed nosem. Będzie musiał wymienić zamki.

Zerknął na wiszące na ścianach zdjęcia i poczuł gulę w gardle. Będzie musiał je wyrzucić. Wszystkie. Albo najlepiej spalić, wtedy będzie miał pewność, że żadne nie przetrwa. Tyle zmarnowanych lat na podróżowanie, które mógł wykorzystać na medycynie. To właśnie to chciał robić. Być chirurgiem. Leczyć. Ratować czyjeś życia. Szkoda, tylko że mu nie wyszło. I to tylko przez jeden, życiowy błąd.

Usiadł na łóżku, gdy poczuł jak zakręciło mu się w głowie z żalu. Schował twarz w dłoniach, głośno w nie wzdychając. Zatrzepotał jasnymi, niebieskimi skrzydłami, rozluźniając mięśnie. Nie będzie płakał. Nie za nim. Co z tego, że był jego pierwszą miłością. Prawdziwą miłością. 

A może tak naprawdę była sztuczna? Po prostu szukał kogoś, kto chociaż przez chwilę okaże mu odrobinę uczucia? 

– Miłość jest wstrętna. Nigdy więcej się nie zakocham – prychnął do siebie, zaciskając dłonie w pięści. – Tak. Zrobię tak jak Aiden. Znajdę sobie kochanka na jedną noc. Nawet teraz!

Wstał gwałtownie, przez co musiał złapać się krawędzi łóżka. Jednak z gracją odzyskał równowagę, otrzepując skórzaną kurtkę. Podszedł do lustra, by określić stan swojego policzka. Ślad wciąż na nim widniał, ale nie był już tak intensywny jak na początku. Danny poprawił swojego grubego warkocza, nakładając odrobinę podkładu na czerwone miejsce. Tak, czasem go używał, by nie świecić się za barem. Zwłaszcza, że Aidena potrafiła ponieść fantazja i dokupił do niego kilka reflektorów, które mimo wszystko przydawały się podczas organizacji prywatnych imprez. Na przykład wieczorów kawalerskich. 

Zakrył przy okazji widocznego pieprzyka tuż przy oku. Nie lubił go. Tony zawsze mu powtarzał, że wygląda z nim na puszczalskiego. Może miał rację. Może. Posmarował usta wazeliną, by stały się jeszcze bardziej mięciutkie, po czym zadowolony z efektu, udał się do wyjścia. Jednak, gdy przypomniał sobie do czego mu zazwyczaj służyła, poczuł się odrobinę zdegustowany. Cóż, nie będzie sobie teraz zawracał tym głowy. Pójdzie sobie do swojego ulubionego baru! W dzielnicy dla ciot, jak to zawsze określał Anthony, bo jednak do Czerwonego mu się tak nie spieszyło. Nie chciał oglądać jak Aiden bajeruje młodego, zdezorientowanego karakana. Choć było mu go szkoda. Przypominał mu go, z czasów szkoły średniej. Taki uroczy i niewinny. 

Przeszedł przez kilka małych uliczek, skrótami, które znali tylko niektórzy, stali bywalcy. Nimi zawsze było łatwo się przemknąć, przy okazji nie narażając się kółkom wzajemnej nietolerancji. Chyba, że wybrali sobie akurat właśnie taką uliczkę na kulturalną rozmowę, wśród krzyków i przekleństw. Wtedy można było zacząć się martwić. Danny poczuł znajomy mu zapach drzewa sandałowego, a chwilę później usłyszał śmiechy dobrze znanych mu osób. Uśmiechnął się odrobinę pod nosem. Wszyscy go tam kochają. A teraz Daniel jest wolny. Gdy tylko o tym usłyszą, na pewno się ucieszą.